Melodia



Opowiadanie
Opowieść o dwojgu zupełnie niepodobnych do siebie ludzi. Ludzi, którzy żywią do siebie tylko i wyłącznie nienawiść. Którzy nie znają gorzkiego smaku porażki. Jednak czysta rywalizacja przemienia się w uczucie, którego między nimi w ogóle nie powinno być. Zakazana miłość i dwoje ludzi, których dzieli wszystko, a łączą dwa serca.

Historia
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13 - w przygotowaniu.

Czarodzieje
sprzedane-sekretywstretny-slizgon



czwartek, 10 stycznia 2008 15:47:29

Rozdział 12

Szare spojrzenie jego oczu objęło wszystkie uczennice na korytarzu, które wraz z dzwonkiem wybiegły z klas. Stał pod ścianą i obserwował je uważnie.
Kiedyś kierowanie się śmiechem nieznanej dziewczyny uznałby za idiotyzm. W sumie nadal jest, ale mimo wszystko pragnienie zakończenia tej głupiej zabawy było silniejsze. Każdy z płci męskiej ma coś takiego jak instynkt. Taki niewidzialny radar, który reaguje na zapach, dotyk, specyficzny defekt w urodzie bądź wręcz przeciwnie; było to coś specjalnego, co rozpoznawał tylko jeden samiec i uważał za swoją własność, ale śmiech?
Dla Dracona było to coś nowego. Częściej zdobywał, aniżeli szukał otumaniony całym przepychem wyglądu i charakteru dziewcząt. Tak. Właśnie. Można to nazwać rozpaczliwym poszukiwaniem kogoś mianem X. Śmiech był jedyną wskazówką prowadzącą do rozwiązania. Zwyczajny śmiech.
Obok niego przeszła rozchichotana Natalia McDonald z Krukonem z ostatniej klasy, którego Draco znał z rozgrywek quidditcha. To nie była ona. Zresztą wątpił, aby Gryfonka w ogóle pojawiła się na balu – była tak nieśmiałym stworzeniem, że nawet by na niego nie spojrzała. Albo Lavender Brown – to tak zidiociała dziewczyna, że jej perlisty śmiech było słychać w całym Hogwarcie, od rana do wieczora; to samo tyczyło się jej koleżanki Pirivati, Patrivati, nieważne.
Przeszło mnóstwo dziewczyn, a w tym Hermiona Granger i Ginny Weasley.
- Patrz, to znowu on. Wszędzie go pełno, tam gdzie ty, to on – usłyszał chłopak.
- Ginny, gadasz o nim bez przerwy, jakby zrobił nie wiadomo co – odparła cicho Hermiona.
- W końcu ci życie uratował, do tego ten bal – powiedziała rozmarzona szesnastolatka i zerknęła na Ślizgona, który ledwo potrafił utrzymać obojętny wyraz twarzy. – Od samego początku mówiłaś, że coś kombinuje. Może po prostu mu się podobasz? A że, nie zwróciłabyś uwagi na rozpieszczonego półgłówka, to wziął się do pracy.
Draco z ogromnym trudem powstrzymał odruch wyciągnięcia różdżki. Nie dość, że chciał zrobić jej krzywdę, a zdaniem innych uratował ją, to do tego wychodzi na to, że zaczął się uczyć dla niej, a czas na balu spędził... Z nią?!
- Ginny, jak zwykle bujasz w obłokach. Nie bądź naiwna! To tylko jeden taniec. Nic nie znaczył. Nawet gdyby to, to coś nazywane przez ciebie „podobaniem się” nie miałoby sensu, a przede wszystkim szans.
Ślizgon nie wytrzymał. Obrócił się do nich plecami, zrobił wielkie oczy i westchnął. Niedowierzanie i niesamowita złość mieszały się z radością, że zabawa skończyła się; może niepomyślnie, ale skończyła.
Przyjaciółki cały czas rozmawiały. Ginny jeszcze parę razy, co poniektóre zdania wymawiała głośniej, dopóki Draco nie odszedł z Blaisem.
Uczucia jakie w dalszym ciągu nim miotały były w zupełności niezrozumiałe dla zaskoczonego Blaise’a, do którego blondyn odzywał się coraz rzadziej. Gniew i frustracja, które natychmiast z siebie wyrzucił, były niestety przewagą nad cichą radością, która ledwo tliła się w rozżarzonym złością sercu.
- Każda! Ale ona?! Mogłaby być brzydka, gruba, ale nie!
- Co się dzieje? – spytał się Blaise, lekko rozbawiony krzykami blondyna.
- To jakaś pomyłka! – szeptał z przejęciem Draco, nie zwracając większej uwagi na pytania Blaise'a.
- Ale co?
- Żeby ona i ja? Razem? Każda, każda, każda!
Kiedy weszli do pokoju wspólnego Slytherinu, Draco wspiął się po schodach do dormitorium i tam już pozostał do końca dnia, rozmyślając nad tym jak to wszystko wyjaśnić.

*

Za to Hermiona nie miała żadnych wątpliwości co z tym zrobić. Będzie jak dawniej. On jest Ślizgonem, ona – Gryfonką, do tego są najzacieklejszymi wrogami od pierwszej klasy. I nic tego faktu nie zmieni. Nawet to, że ten Draco Malfoy z balu podobał jej się.
Była jednak osoba, która próbowała wpłynąć na decyzję Hermiony.
- Ginny! Zejdź na ziemię!
- Niby dlaczego? Przecież to bardzo wygodne rozwiązanie – odparła niewzruszona szóstoklasistka.
- Jesteś nieznośna! Jak ty to sobie wyobrażasz? To, że spędziłam z nim miło czas, nie znaczy, że musi być tak zawsze.
- Ale jest to możliwe. I mimo tych wszystkich przykrości jesteś ciekawa, co by było gdyby! – powiedziała Ginny i odgarnęła rude włosy z twarzy.
- Nawet jeśli, to musiałabym nawiązać z nim kontakt, a to...
- Jest możliwe! - przerwała jej wesoło Ginny. – Po prostu. Opuść się w nauce. McGonagall zauważy to, a że od lat próbuje załagodzić konflikt między Gryffindorem a Slytherinem, z uśmiechem na twarzy przydzieli ci Ślizgona, który ma najlepsze wyniki w nauce.
- Nie! – krzyknęła z rozpaczą w głosie Hermiona. – Nie! Nie! Nie! Nigdy! Nie po to czytałam książki, o których nawet dorosły, doświadczony czarodziej nie ma pojęcia, aby zawalić ostatnią klasę. Zauważ, że przed tobą jeszcze rok, więc spokojnie możesz pozwolić sobie na szaleństwa tego typu. Ale nie ja!
- No, może masz rację – mruknęła z żalem Ginny. – Ale to nic! Na pewno wymyślę coś lepszego!
- Ginny – westchnęła zażenowana Hermiona, kiedy ta zniknęła na schodach.
Od czasu balu, gdy Ginny odkryła z kim Hermiona tańczyła, obmyśla jakby zbliżyć ich do siebie. Nigdy nie przepadała za Draconem, bo to oczywiście Malfoy, ale był przystojny i mimo szyderstw i głupich, pewnych siebie uśmieszków był inteligentny – ktoś w sam raz dla Hermiony.
Do tego to wydarzenie w bibliotece, nagła rywalizacja w nauce i spotkanie na balu. Coś niesamowitego!
Ginny miała już plan, potrzebowała tylko pomocy Deana Thomasa, który świetnie posługuje się piórem.
Hermiona wyjrzała przez okno. Po sześciu latach nienawiści, nastał rok siódmy, rok zwątpienia, strachu, może nawet przebaczania. Bała się ośmieszenia. Draco nadal był zdolny do wszystkiego. Nie chciała być szykanowana jeszcze bardziej. Jej pochodzenie było wystarczającym powodem do śmiechu. Kochała swoich rodziców, ale niekiedy łapała się na tym, że wolałaby mieć opiekunów podobnych do tych Dracona. Było to podłe wobec wspaniałych przyjaciół jakich poznała dzięki przynależności do Gryffindoru, ale to uczucie było prawdziwe i męczyło ją od dłuższego czasu. Mówiła o tym Harry'emu; zrozumiał, ale powiedział, żeby się nie zmieniała i doceniła to kim jest. Było jej lżej, ale rozgoryczenie pozostało. Miała tylko nadzieję, że Ginny nie weźmie spraw w swoje ręce i nie zacznie kombinować. Jeżeli tak się stanie, Hermiona może się spodziewać i zwycięstwa, i porażki.


Po długim czasie ośmieliłam się do was przemówić. Albo inaczej. Do jednej, szczególnej osoby, której nie znam, ale jestem wdzięczna za jedną z niewielu porządnych krytyk wyrażanych przez znajomych autorów. Jać możesz być zawiedziona, zbulwersowana bądź niemożliwie poirytowana – mniejsza o to. Każda historia o Draco i Hermionie jest nudna, ciągnie się setkami rozdziałów i nigdy nikogo nie zadowala. Pisałaś, że jeżeli tą dziewczyną okaże się Hermiona, opowiadanie stanie się przewidywalne. Może nawet chcę je takim uczynić? Nie mam siły, żeby ciągnąć je w nieskończoność, dlatego jestem zmuszona do całkowitej zmiany fabuły i zniekształcenia ogólnego zarysu opowiadania. Mimo wszystko, dziękuję, że jesteś, bo Twoje zdanie jest ważne. Ważne w taki sposób, że od czasu do czasu, patrzę na te tanie opowiastki świeżym okiem i wiem, co jest bzdurą. Tyle – Autorka.
komentarze [7]



poniedziałek, 8 października 2007 20:05:09

Ogłoszenie

Czuję, że tracę siły, by prowadzić dalej to opowiadanie. Zawiodłam samą siebie, a tego nie lubię i źle mi z tym. Nie mogę pogodzić się również z tym, że zawiodłam was – cierpliwych, oddanych czytelników, którzy wspierali mnie przez te miesiące pracy nad całokształtem historii Dracona i Hermiony. Jednak upór, który mnie cechuje, nie pozwala mi rzucić tego opowiadania w cholerę i karze mi wytrwać do końca. I tego dokonam, jednak już nie z takim zapałem jak kiedyś. Historia trwa, czeka na dopracowanie, opisanie i przedstawienie w pełni blasku; jest gdzieś w mojej głowie i z niecierpliwością wyczekuje momentu jej zakończenia. A koniec jest. Napisany, schowany głęboko w szufladzie. Nie ma tylko rozwinięcia, środka, punktu zaczepienia, którego właśnie potrzebuję.
Myślę o sobie jak o żałosnym robaku; śmieszne jest to, że sypię tą prawdą prosto w wasze oczy. Powinnam się wstydzić, ale upokorzenie graniczy tutaj ze złością. Jestem zła na siebie. Jestem zła na wielu ludzi. Jestem zła na przyjaciół, którzy byli tym wcześniej wspomnianym punktem zaczepienia.
Skończę to opowiadanie; prędzej czy później, ale skończę. Jednak nie wiem z jakim rezultatem. Innym się spodoba, drugim nie. Trudno się mówi, ot co!
Pozostało dziesięć rozdziałów, które do połowy przyszłego roku zamierzam tutaj zamieścić i przedstawić swoją twórczość w pełnej okazałości.
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję wielu moim dotychczasowym czytelnikom – Autorka.
komentarze [4]



piątek, 29 czerwca 2007 17:33:41

Rozdział 11

Czwartkowe popołudnie było dla Dracona okropne. Nie dość, że w piątek odbędzie się bal, to do tego pojawi się na nim sam. Nie pomagały czułe słówka i gorące komplementy – wszystkie uczennice Slytherinu omijały go szerokim łukiem. Po raz pierwszy nie będzie sobą – aroganckim, chłodnym, przystojnym mężczyzną, otoczonym pięknymi dziewczętami, które z zazdrosną furią potraktowałyby swoją rywalkę zaklęciem niewybaczalnym.
Siedział na czarnej kanapie i przyglądał się uczniom, którzy z wyraźnym błogostanem i samozadowoleniem na twarzy wędrowali od Ślizgonki do Ślizgonki i z przymilnym uśmiechem zapraszali na bal. Draco czuł się jak widz w teatrze – połowa dziewcząt zgadzała się na pójście na bal tylko dlatego, aby się pokazać, zrobić dobre wrażenie i pochwalić partnerem. Ich prawdziwe emocje, uczucia, zachcianki od lat, od dzieciństwa skrywane były pod maską. Maską, która niczym strażnik pilnowała, aby szczerość pozostała nie odkryta i tkwiła w mroku. Chłopak skrycie się śmiał z czegoś, co samo go krępowało i nie pozwalało na to czego on sam chciał. Gdyby złamał zasady, które wpajano mu z wielką cierpliwością i skwapliwością przez wiele lat, mógłby liczyć tylko na pogardę ze strony rodzicieli. A tego nie chciał. Pragnął żyć w dostatku, pragnął mieć poczucie bezpieczeństwa jakie zapewniłby sobie rodzinnym majątkiem.
Ale czy w taki sposób można być bezpiecznym, spokojnym?
Draco zamyślił się i z niechęcią stwierdził, że coraz częściej myśli o przyszłości. Zamiast żyć chwilą, cieszyć się sukcesami, a o porażkach zapominać w miłosnym wirze cichego, przyjemnego szeptu, on myślał o tym co będzie, co nastąpi. Zniknął stary Draco i pojawił się nowy. Ten drugi chciał więcej, chciał poznać świat na swój sposób, bez pośrednictwa rodziny czy Ślizgonów. Chciałby zasmakować pełni życia po swojemu, na własny rachunek.
Uśmiechnął się. Może to nawet lepiej? A może nie? Jeszcze nie był pewny czy ta zmiana mu się podoba.
Wokoło panował chaos. Tylko on siedział na kanapie i nigdzie się nie wybierał. Reszta powoli wychodziła z pokoju wspólnego Slytherinu i kierowała się do holu, gdzie czekał na nich zniecierpliwiony Argus Filch razem ze swoją nieodzowną kotką. Ślizgon po chwili do nich dołączył i wolnym krokiem skierował się do Hogsmeade.
Miasteczko całkowicie zamieszkane przez czarodziei z każdym przyjściem uczniów Hogwartu odżywało, a na twarzach sprzedawców pojawiały się szerokie uśmiechy.
Pewnie dlatego, że większość z uczniów przeleje w Miodowym Królestwie majątek – myślał sceptycznie Draco, przyglądając się grupie dziewcząt stojących nie opodal, które kupowały słodycze. Jedna z nich wyglądała bardzo atrakcyjnie, ale czerwony szalik jaki zdobił jej szyję od razu go zniechęcił.
Chociaż?
Nie, to nierealne, aby Draconowi Malfoyowi spodobała się Gryfonka, do tego taka, której na oczy nie widział. Nagle się odwróciła, a Draco ujrzał osobę, której najmniej się spodziewał – roześmianą Hermionę Granger, zupełnie zrelaksowaną, widocznie szczęśliwą. Była to dla Ślizgona dosyć niespodziewana sytuacja. Poważna, pewna siebie i opanowana Gryfonka, która przemądrzałym głosem odpowiadała na pytania znikła i pojawiła się uśmiechnięta, odprężona dziewczyna. Skarcił się w duchu za te dziwne i niespotykane myśli o swoim największym wrogu i spuścił głowę, co niestety, zauważyła Hermiona. Ta jednak nic nie zrobiła i udała, że tego nie widziała.
- Świetnie – burknął do siebie i ruszył w stronę sklepu, gdzie miał nadzieję dostać dobrą szatę wyjściową.
Sklep wybudowany z ciemnej cegły, stojący między stylowym, bardzo starym domem i małą kawiarnią wyglądał na dobry lokal. Drewniany szyld ze złotymi literami zapraszał do sklepu panny Anastrianny, którego okna i wystawa za szybą cieszyły oczy przyszłego kupca. Draco wszedł do sporego pomieszczenia. Słyszał same dobre rzeczy o wyrobach panny Anastrianny, jednak nigdy nie korzystał z jej usług, dlatego zdziwił się na widok sześćdziesięcioletniej kobiety z szerokim uśmiechem na twarzy, zamiast ładnej, młodej czarownicy. Kobieta widząc otwarte usta chłopaka, roześmiała się perliście i przygarnęła go do siebie.
- Och, jesteś kolejną osobą, która spodziewała się pięknej młódki, drogi paniczu!
- Przynajmniej jest dojrzała, bardzo żywiołowa kobieta – zauważył delikatnie Draco, chcąc zrobić na właścicielce sklepu dobre wrażenie.
- Prawić pochlebstwa to ty potrafisz, młodzieńcze, nie zaprzeczę, miło słyszeć takie rzeczy – odpowiedziała wesoło. – Jestem Anastrianna Youth, tak pochodzę z tych Youth’ów – dodała natychmiast, widząc pytający wyraz twarzy. – Mam nadzieję, że ten fakt ci nie przeszkadza, młody paniczu.
- Oczywiście, że nie – zaprzeczył trochę niepewnie Draco, obserwując pełną zapału do pracy pomarszczoną twarz panny Anastrianny.
Otóż ród Youth’ów miał bardzo ciekawe korzenie. Pojawił się znikąd i od razu podbił serca wszystkich czarodziejskich arystokracji. Bogaci, piękni, zwracający na siebie uwagę, obyci ludzie. Wkrótce jednak rodzina została zdziesiątkowana, a ci, którzy pozostali przy życiu nie potrafili przedłużyć istnienia niegdyś tak zacnego klanu. W końcu niejaki Severin Youth – bardzo utalentowany, młody czarodziej – wpadł na pomysł, aby zmieszać ludzką, czystą krew z krwią istot nieśmiertelnych bądź w ogóle nie będących ludźmi. Youth rozpoczął poszukiwania elfów, wilkołaków, wili i innych długowiecznych, pięknych stworzeń. Dzięki temu ich ród odrodził się, a krew Youth’ów stała się czystsza niż jakakolwiek inna, przez co pozostałe rody czystej krwi odsunęły się od nich i zazdrośnie patrzyli na udane życie klanu Youth’ów. Mimo to, nawet do tej pory nie wiadomo, co było przyczyną śmierci tak wielu członków rodziny.
Draco nie raz słyszał jak jego ojciec wyrażał się o tych ludziach. Zawsze wtedy w jego szarych, spokojnych oczach budził się wstręt, a zazdrość o sukces Severina Youth’a była widoczna w każdym calu.
Ślizgon otrząsnął się z nieprzyjemnych myśli i spojrzał na pannę Anastriannę.
- Byłeś taki nieobecny, wiem o czym myślałeś – powiedziała z nieukrywanym smutkiem. – Nie wiem czy to było dobre, ale czego nie zrobi się dla kobiety, dla umierającej kobiety.
Blondyn rozglądając się po sklepie, słysząc te słowa, zerknął na nią i nie wiedział co powiedzieć.
- Tak, to chyba było koniecznie, prawda?
- Nie rozumiem – odparł Draco. – Przecież w kronikach nic nie było napisane o żonie Severina Youth’a.
- Och, widzę, że nie jesteś romantykiem – zauważyła, patrząc na niego uważnie. – Bo to nie była jego żona. Ale to już jest nie ważne. Kiedyś, gdy nie będzie takiego ruchu, opowiem ci o wszystkim. Teraz zajmiemy się tobą, młody paniczu.
- Dracon – podpowiedział kobiecie.
- Dobrze, Draconie – zgodziła się z uśmiechem. – Jak na tak mizerny wygląd nadano ci potężne imię, Draconie.
- Mizerny? Ja? – obruszył się natychmiast chłopak.
- Och, nie chodzi mi o to – odpowiedziała, klepiąc go po ramieniu. – Jesteś wysoki, dobrze zbudowany, nawet przystojny.
- Nawet?! – krzyknął naburmuszony Draco, przez co wszystkie głowy klientów i sprzedających zwróciły się na niego i pannę Anastriannę.
- Wracajcie do pracy! – zwróciła się ostrym głosem do czarownic, które trzymały w dłoniach miary krawieckie i kolorowe tkaniny. Te szybko wróciły do rozmowy z uczennicami.
- Jeżeli chodzi o mnie wolałabym, abyś nabrał trochę kolorów, bo ta bladzizna sprawia, że wyglądasz na starszego niż jesteś i wyjątkowo poważnego, na co będziesz miał w życiu mnóstwo czasu – wytłumaczyła spokojnie panna Anastrianna.
- To dziedziczne – warknął nadal obrażony.
Drzwi do sklepu starszej kobiety cały czas otwierały się i zamykały. Unosząca się w powietrzu czarodziejska miara krawiecka zmierzyła Dracona wszędzie tam, gdzie powinien być zmierzony. Potem wybrał materiały na elegancki frak i pokazał jak ma wyglądać jego maska.
Może to i nawet lepiej, że będzie to bal maskowy?
Panna Anastrianna po chwili pokazała gotowy frak i maskę, które Draco przymierzył i przyjrzał się sobie w dużym lustrze.
Maska zakryła górną część twarzy i ukryła prawdziwą osobowość Dracona. Wydał się sobie tak nieznany i odległy, że zdjął przebranie i odetchnął z ulgą.
- Przeraża cię myśl, że przeżyjesz ten ważny dzień sam? – zapytała cicho panna Anastrianna, biorąc od Ślizgona maskę.
- A co to za ważny dzień? – prychnął. – Identyczny jak każdy inny, tyle że w czasie tej całej maskarady można zabawić się w udawanie, moją ulubioną grę – dodał szeptem, patrząc na odbicie kobiety w lustrze. – Zresztą, co pani może wiedzieć o samotności?
- Oj, wiele, młody paniczu, oj, bardzo wiele – westchnęła smutno panna Anastrianna, przygładzając nerwowo włosy tuż obok ucha, co wydało się Draconowi podejrzane.

*

Wybiła dwudziesta. Zegar w pokoju wspólnym Slytherinu cichutko stukał i odliczał kolejne sekundy. Nigdzie – czy to w dormitoriach, czy w innych zakamarkach Slytherinu – nie można było dostrzec żadnego Ślizgona. Jedynie Draco Malfoy siedział sam na czarnej kanapie jak wczorajszego, czwartkowego popołudnia i zastanawiał się czy warto iść na bal. Gdyby miał partnerkę – poszedłby. Ale nie uśmiechało mu się spędzanie tego balu przy małym stoliczku z kieliszkiem ognistej whisky.
Głupku, przecież tam będzie mnóstwo podobnych tobie! – karcił się.
Wstał i wyszedł ze Slytherinu. Ciemne korytarze hogwartckich lochów tworzyły zawiły labirynt, który z trudnością pokonywał Draco. Za dnia znajome ściany, teraz prowadziły go donikąd. Zapalone pochodnie rzucały nikłe, złociste cienie wokoło, powodując, że Ślizgon zgubił się w lochach, które w dzień znał na pamięć.
Stłumione odgłosy dochodzące z góry, powiedziały Draconowi, że znajduje się już niedaleko. Ze zrezygnowaną miną poszedł dalej, wpatrując się w przytłaczającą go ciemność. Zewsząd dochodziły dźwięki wolnej, sentymentalnej muzyki, której melodia spowodowała, że twarz blondyna wykrzywiła się w uśmiechu. Lubił wsłuchiwać się w leniwą muzykę fortepianu i skrzypiec. Cichutko, powoli rozpoczynała się przygoda obydwu tych instrumentów, a kończyła głośnym, niespodziewanym wybuchem licznych uczuć, emocji, czymś co niosła ich muzyka.
Melodia ucichła, szmer tysiąca par butów ustał, a w Wielkiej Sali rozległ się, niewyraźny dla Dracona, głos profesor McGonagall. Potem śmiech, aplauz, mnóstwo wesołych głosów i muzyka.
- Nareszcie – mruknął Ślizgon, wchodząc po schodach.
Jasne światło lampionów porozwieszanych w holu, tuż przy otwartych na oścież drzwiach do Wielkiej Sali, oświetlały nawet najciemniejsze zakamarki pomieszczenia. Draco z trudem przyzwyczaił wzrok do nagłego wybuchu obcej jasności wokół siebie.
Zobaczył wirujące pary w tańcu, mocno do siebie przytulone. Jedni zadowoleni, drudzy nie. Od dawna nie widział tak wielu różnych ludzi w jednym miejscu, zebranych w celu wspólnego szczęścia i przyjemnego relaksu. Wszystko wydało mu się takie obce. Śmiech – coś co było u niego rzadkością i był zazwyczaj tym ironicznym, wyśmiewczym chichotem. Radość – uczucie towarzyszące mu tylko w chwilach odbierania nadziei innym. I pożądanie było obce. Nieobecne. Uśpione. To co chciał – dostawał – ale pożądanie, które powinno trwać, przerodzić się w obsesję, dla niego – Dracona Malfoya – było czymś niemożliwym. Czymś co było dla niego nieosiągalne.
Wkroczył do nowego, nieznanego mu świata, do świata szczęścia, słodkiej muzyki i krainy niekończącej się radości, uczucia jakiego jeszcze nigdy nie zaznał.
Wkroczył do świata pełnego obcych, ale szczęśliwych ludzi.
Wkroczył gdzieś, gdzie po raz pierwszy poczuł przypływ nieznanej euforii, uczucia błogości i zadowolenia.
Rozejrzał się. Wszystko, jeszcze niedawno znajome, teraz zmieniło się w nowe, piękne miejsce, które sprawiło, że Draco chciał zostać. Chciał poczuć magiczną aurę, która podobnie jak u innych wywołała radosny nastrój. Draco chciał być szczęśliwy. Pragnął poczuć to prawdziwe szczęście, które dla niego było niedostępne. Nagle cała nieszczerość, kłamstwo i nienawiść – uczucia, które przez tyle lat zbudowały wokół niego potężny mur niewiedzy i ironii, został zniszczony, a Draco marzył tylko o tym, aby ta chwila trwała jak najdłużej.
Poprawił maskę i przeszedł między stojącymi bez ruchu młodymi czarodziejami. Żaden z nich nie krzywił się na jego widok, nie uciekał ani nie czynił kąśliwych uwag. Dziewczęta, których na oczy nie wiedział uśmiechały się kokieteryjnie, a uczniowie kręcili z nie dowierzeniem głowami. Gdzieniegdzie słyszał szepty, głośne westchnięcia i radosne piski. Szedł przez tłum nieznanych mu ludzi, ale nie czuł się wśród nich obco.
Co jakiś czas widział kolorowe maski, przedstawiające zwierzęta bądź sławnych czarodziei. Różnorodność sprawiła, że Draco poczuł się o wiele lepiej. Całe dotychczasowe spięcie znikło, a na jego miejscu zatriumfowało ogólne szczęście, choć nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Wokoło witały go przyjazne uśmiechy nieznajomych, zaciekawione spojrzenia, które czyhały na niego z każdej strony.
Przystanął. Usiadł przy wolnym stoliku i rozejrzał się. Wszyscy byli szczęśliwi. Nie istniało nic prócz śmiechu, słodkiej muzyki, sączącej się powolutku do każdego serca. Nawet widok Harry’ego Pottera i jego przyjaciela ubranego w za małą szatę wyjściową nie wzbudził w nim żadnego większego uczucia. Nikt nie zwrócił im uwagi, że nie mają założonych masek.
On tego nie mógł zrobić. Nie chciał. Całe szczęście znikłoby jak piaskowa budowla na plaży, zmyta przez potężną falę morskiej wody. Nie mógł, nie chciał.
- Wierzyć mi się nie chce, że pojawiło się tutaj tak wiele osób – westchnęła, siedząca niedaleko dziewczyna.
Słowa z początku odległe i niewyraźne nagle dały mu do zrozumienia, że były one skierowane do niego.
- Co? A tak – odparł zaskoczony.
Normalnie, nikt by się do niego nie odezwał – w końcu był Draco Malfoyem – jednak twarz skryta pod maską dała mu szansę do poznania ludzi, na których w ogóle by nie spojrzał.
- Byłam przekonana, że siódme klasy nie przyjdą, wiesz, OWUT-emy – powiedziała, przysiadając się do niego. – Jesteś sam?
- Ech, tak – odpowiedział, próbując zgadnąć kto kryje się pod bladoniebieską maską.
- Moi przyjaciele poszli tańczyć. Nie czuję się na siłach, aby zaszaleć.
Dziewczyna sama sobie się dziwiła, że znalazła w sobie tyle odwagi, by zacząć rozmowę z nieznajomym.
- Też jakoś nie mam na to ochoty – powiedział zgodnie z prawdą do osoby, siedzącej naprzeciwko niego.
Uśmiechnęła się, a Draconowi wydało się że ten uśmiech jest znajomy. Po chwili ciszy do nieznajomej podszedł Neville Longbottom. Jego twarz była cała żółta, a obcisłe, wściekle kanarkowe spodnie opinały jego brzuch, który był tak wielki, że materiał spodni marszczył się w pasie. Pomarańczowe, niegdyś brązowe, gładkie włosy, teraz starczały we wszystkie strony, przypominając wściekłe wnykopieńki. Luźna, biała koszula, która nonszalancko była wpuszczona w spodnie, została rozpięta pod szyją, ukazując nagi tors Neville’a, co rozbawiło jego i nieznajomą do łez. Ten jednak ignorując zdławiony śmiech dziewczyny, skłonił się nisko i zapytał:
- Zatańczysz ze mną?
Draco usłyszał pytanie, które sam chciał zadać od dłuższego czasu, choć był przytłoczony całym przepychem. W tej chwili poczuł nieodpartą chęć powrotu do starej skóry, aby ujawnić prawdziwą tożsamość i ugodzenia Neville’a zaklęciem. Gdyby tylko mógł.
Przecież mogę! Jeśli ten Longbottom dowie się z kim ma do czynienia od razu zniknie z pola widzenia! A ona... Ona na pewno zgodzi się zatańczyć ze mną! – myślał gorączkowo Draco i zacisnął dłonie w pięści.
Draco nawet nie zdawał sobie spawy, że jego myślenie nie zachwyciłoby nieznajomej, która jeszcze siedziała przy stoliku.
Ta w odpowiedzi zaśmiała się i złapała dłoń Gryfona. I odeszła. A jej śmiech trwał bez końca. Taki znajomy, rzadko słyszany, wręcz niespotykany.
Znów był sam.
Nagle za nim rozległ się pisk.
- Draco! – krzyknęła zachwycona Pansy. – Myślałam, że...
- Daj mi spokój – przerwał jej natychmiast.
Draco wyminął dziewczynę i wszedł na parkiet, gdzie wirowały przytulone pary. Chciał przejść na drugą stronę – jak najdalej od Pansy – jednak nagle w jego ramionach pojawiła się owa nieznajoma, z którą jeszcze niedawno tak bardzo chciał zatańczyć. Uśmiechnął się zadowolony.
- Mam nadzieję, że przynajmniej ty potrafisz tańczyć – szepnęła mu do ucha, łapiąc go za rękę.
- Nie martw się – odparł, prowadząc ją na środek parkietu.
Złączeni w silnym i pewnym uścisku, zaczęli tańczyć w rytm wolnej muzyki. Melodia wypełniła ich serca, dusze i całą Wielką Salę aż po zaczarowany sufit, dając każdemu niewyobrażalną przyjemność. Draco znów usłyszał dźwięczny, miły dla uszu śmiech nieznajomej, która w jego ramionach była delikatna, bezbronna. Kryształowe żyrandole zwisające w bezruchu, co jakiś czas rzucały srebrzyste cienie na głowy tańczących ludzi. Draco czując ciepło, bijące od dziewczyny znowu poczuł się tak jak na początku balu.
I znów ten wyjątkowy śmiech, którego nie słyszał na co dzień.
- Nie kłamałeś – szepnęła tylko i przez resztę balu nic więcej nie powiedziała, wirując razem z nim w tańcu wzajemnej fascynacji.

*

Szedł długim korytarzem. Nie wiedział dokąd zmierza ani w jakiej sprawie się udaje do tego nieznanego mu miejsca. Po prostu szedł. Chciał dojść tam jak najszybciej. Musiał.
Z początku szybki i żwawy krok nagle przeistoczył się w bieg. Dążył do czegoś, kogoś, dążył gdzieś, gdzie coś powinno się wydarzyć. Co dałoby mu odpowiedź na jedno pytanie, które męczyło go od dłuższego czasu.
Przeskakiwał schody po dwa stopnie, korytarze pokonywał szybkim biegiem – w ogóle się nie zatrzymując. Nikt nie wchodził mu w drogę wszyscy uczniowie byli dla niego niewidzialni, jak on był dla nich. Nie obchodziły go szturchnięcia i zderzenia z innymi. Musiał osiągnąć cel.
Biegł, pędził, wymijając uczniów i profesorów, w ogóle nie zwracając uwagi na zaczepki i niezadowolone słowa nauczycieli. Nie obchodziło go nic poza biegiem i przymusem odnalezienia tego tajemniczego, niezwykle ważnego dla niego miejsca.
Stanął. Miejsce, które szukał było puste, ale on czekał, czekał cierpliwie.
I usłyszał śmiech. Śmiech, który na balu sprawił, że poczuł się lepiej.
komentarze [19]



poniedziałek, 11 czerwca 2007 21:09:21

Rozdział 10>

Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami, a Hermiona nie miała pojęcia co kupić swoim przyjaciołom. Ostatnio bardzo rzadko spędzała z nimi czas. Przez ostatnie miesiące odsunęła się od nich, ogradzając się potężnym murem z ksiąg i zapisanych drobnym maczkiem pergaminów. Nie myślała o niczym innym jak o nauce i Draconie Malfoyu, który nagle się obudził i zyskał uznanie w oczach nauczycieli, na które ona pracowała przez całe siedem lat.
Patrzyła przez okno biblioteki na bawiących się nad stawem uczniów, którzy wyglądali jakby nie mieli żadnych kłopotów, zmartwień czy nieprzyjemnych wypadków. Tak wiele by dała, aby przestać się zamartwiać. Innych nie obchodziła ocena z transmutacji czy zielarstwa, a dla niej zadowalający był istną porażką.
Nagle do pomieszczenia wdarł się silny podmuch wiatru, strącając ze stolika starannie poukładane pergaminy Hermiony. Ta zmęczona ciągłym poprawianiem ich sięgnęła po nie i rzuciła je na stół. Owinęła się szczelniej szalikiem w barwach Gryffindoru i z cichym westchnięciem zaczęła pisać wypracowanie dla profesora Snape’a.
Za oknem panowała prawdziwa zima. Śnieżnobiały puch sypał się z jasnego, błękitnego nieba od rana do wieczora okrywając szkolne błonia śnieżną kołdrą. Staw zamarzł, a przeźroczysty lód odbijał słoneczne promienie powodując, że tafla wody emanowała chłodnym blaskiem. Lód był porysowany od łyżew wielu uczniów, ale mimo to pod powierzchnią można było zobaczyć od czasu do czasu pływającą kałamarnicę. Wszystko wokół było przesycone dozą magii, którą wyczuwali uczniowie bawiący się na dworze. Rześkie powietrze pieściło ich wesołe twarze, tworząc czerwone rumieńce na policzkach. Wiatr wirował w tańcu z płatkami śniegu, wzbijając je i rozdmuchując na wszystkie strony świata.
Hermiona zbierając się do wyjścia z biblioteki, zobaczyła w oddali znajomą komodę. Nie pamiętała tego co się działo przed pobytem w skrzydle szpitalnym. Powiedziano jej, że spadł na nią stary, niestabilny regał. Nie potrafiła wytłumaczyć sobie dziwnego uczucia, które w całości nią zawładnęło. Komoda wydała jej się bardzo znajoma. Patrząc tak na mebel nawet nie zauważyła Rona, stojącego przed nią. Był cały ośnieżony, ale szeroki uśmiech jaki widniał na jego twarzy, świadczył o jego zadowoleniu.
- Hermiono! – pomachał jej ręką tuż przed oczami.
- Coś się stało? – spytała przepraszającym głosem.
- A czy coś musiało się stać? Jest niedziela, a ty zamiast korzystać z wolnego czasu siedzisz w bibliotece – powiedział z uśmiechem. – Chodź na dwór, zobaczysz, będzie fajnie.
Dziewczyna przechyliła głowę i spojrzała uważnie na przyjaciela. Coś jej nie pasowało.
- Dlaczego masz buta na głowie?
- Co? A tak – odparł Ron. – Harry ćwiczył transmutację.
- Ech, czy wy nigdy nie dorośniecie?
Ron nie odpowiedział, tylko pociągnął Hermionę za rękę i wybiegł z nią na dwór. Para przyjaciół natychmiast dostała dwoma śnieżkami prosto w nos, co wywołało wielką radość u Ginny i Harry’ego.
- Ej, nie tak się umawialiśmy! Tylko Hermiona miała dostać! – warknął zniesmaczony Ron.
Harry śmiejąc się, przygarnął do siebie przyjaciół i poprowadził ich na skraj Zakazanego Lasu, gdzie rozpoczęła się wojna na śnieżki.
Wszystkiemu przyglądał się młody Ślizgon, który widząc, że dostawanie zimną śnieżką w nos sprawia im przyjemność, poczuł nieodpartą chęć zepsucia Gryfonom humoru. Jednak nic nie zrobił i nadal stał w miejscu, uważnie obserwując roześmiane twarze swoich wrogów. Co prawda wrobienie Hermiony w oszustwo dużo nie dało, ale dzięki temu miał niemałą satysfakcję. Mimo to zamiast wkupić się w łaski reszty Ślizgonów, został tymczasowo pozbawiony swojej dobrej opinii wśród kolegów. I chociaż miał ochotę z tego powodu krzyczeć i roznieść w dzikiej furii połowę Hogwartu, skorzystał z chwilowego braku przyjaciół i skupił się na swojej misji.
Mało brakowało, a wszystko popsułaby ta przemądrzała szlama, ale widać, że po tym brutalnym incydencie w bibliotece Hermiona się uciszyła – mimo to żałował, że nie uderzył jej mocniej. Draco tylko nie wiedział czy jej brak zainteresowania jest spowodowane strachem, czy też amnezją. Jeżeli chodzi o strach szczerze w to wątpił, bo Hermiona rzadko, kiedy coś takiego odczuwała, a zazwyczaj zachowywała się polegając na instynkcie bądź kierując się – co zdarzała jej się bardzo często – czystą, nieposkromioną ciekawością.
Tak, Draco bardzo dużo o niej wiedział. Robił to zawsze, kiedy skupiał się na pojedynczym przeciwniku – śledził, obserwował i czekał na odpowiedni moment, aby zaatakować.
Choć teraz przebywał w tym samym miejscu co ona, nie czuł się na siłach, by zrobić cokolwiek. Jego charyzma gdzieś pierzchła, a zdrowie pogarszało się z dnia na dzień.
Uśmiechnął się gorzko i już miał wracać do zamku, gdy poczuł silny ból w okolicach lewego ramienia, na którym spoczywała dłoń Blaise’a.
- Witaj, przyjacielu – przywitał go chłodnym głosem brunet.
Draco syknął z bólu i zacisnął zęby.
- Widzę, że podglądasz Gryfonów. I co ciekawego słychać u twoich nowych kolegów?
Z tyłu dobiegł ich cichy śmiech Pansy, która uwiesiła się na ramieniu Blaise’a.
- Nic, co by cię mogło zainteresować – odparł z nieprzyjemnym uśmiechem Ślizgon, odwracając się do Blaise’a. – O, Pansy! Twoja kolejna marionetka, Zabini?
Uśmiech dziewczyny znikł, a w oczach zapłonęły zielone iskry.
- Och, nie obrażaj się, Draco – powiedział z uśmiechem Blaise. – Pansy potrzebowała pocieszenia, a że ty interesujesz się Granger, skorzystałem z okazji.
- Nie mam żadnych pretensji do ciebie, Blaise, po prostu przekonałem się, że Pansy wejdzie do każdego łóżka, byleby następnego dnia móc się wieszać na ramieniu tego nieszczęśliwca – mruknął przymilnym głosem do dziewczyny, która słysząc słowa Dracona przestąpiła z nogi na nogę, zastanawiając się czy powinna stąd odejść.
W końcu wbiegła z płaczem do zamku.
- Daj jej spokój – bąknął rozeźlony Blaise, czując, że słowa Dracona nie były kierowane tylko do Pansy.
- Masz rację – zgodził się z nim blondyn. – Po co przyszedłeś?
- Zapytać się czy stary Draco wrócił, ale wiedzę, że nadal bawisz się w podglądanie, więc właściwie otrzymałem już odpowiedź.
Przez twarz Dracona przemknął nieprzyjemny grymas niezadowolenia. Mimo, że Blaise nadal utrzymywał z nim kontakt, Draco zauważył, że jego przyjaciel przejmował wszystko co kiedyś było jego.
- Zawiadomię cię, kiedy zauważę jakieś zmiany na lepsze – warknął Draco na pożegnanie i ruszył w stronę zamku.

*

Zgiełk jaki panował w pokoju wspólnym Gryffindoru prawie powalił Hermionę i jej przyjaciół na ziemię. Wszędzie można było usłyszeć wybuchy niespodziewanej radości, co wprawiło czwórkę o niczym nie wiedzących Gryfonów w prawdziwe zdumienie.
Przemoczeni i zziębnięci liczyli na pusty pokój wspólny, w którym mogliby spędzić miło czas i wysuszyć mokre rzeczy.
Hermiona zerknęła na Ginny i poszła razem z nią pod tablicę ogłoszeń, wokół której wesoło podskakiwało kilkanaście dziewcząt z wyraźnym podnieceniem wymalowanym na twarzach.
- Bal maskowy – szeptała każda z nich z rozmarzonymi oczami.
Gryfonka zobaczyła w tłumie swoje koleżanki z dormitorium i podeszła do nich.
- Lavender – powiedziała, lecz nie usłyszała odpowiedzi.
- Będę miała niebieską sukienkę – mówiła. – I błękitne pantofelki albo nie, jasno pomarańczową, ozdobioną złotymi nićmi suknię i beżowe buty, i włosy spięte w kok.
- Lavender?
- A może niebieską, jak myślisz Parvati?
- Wolałabym, żebyś ubrała pomarańczową. Chciałabym wyglądać jak pani morskich głębin – odparła, głośno wzdychając.
- Ech, nie chcę wyglądać gorzej na balu! Pewnie robisz to specjalnie. Nie, to ja ubiorę niebieską suknię!
- Lavender! – Hermiona krzyknęła zdenerwowana i zrezygnowana stwierdziła, że ta nadal nie zauważa jej obecności.
Z opresji wybawiła ją Natalia McDonald, która zarumieniona wyprowadziła Hermionę z tłumu i powiedziała:
- W piątek wieczorem odbędzie się bal maskowy z okazji Bożego Narodzenia.
- Dziękuję, że wyciągnęłaś mnie z tego rozgardiaszu, Natalio – powiedziała wdzięcznym głosem Hermiona.
- Nie ma za co – odparła. – Obecność jest obowiązkowa.
- Nie widzę powodu, aby szły na niego siódme klasy skoro mamy bal na zakończenie roku szkolnego.
- Cóż, McGonagall stwierdziła, iż potrzebujemy odpoczynku od nauki i przeznaczyła cały czwartek na pobyt w Hogsmeade oraz piątek na przygotowania do balu – odpowiedziała Natalia, rumieniąc się na widok słuchającego ją Rona i pozostałych, którzy doszli po jakimś czasie. – Czy to nie wspaniałe?
Uśmiechnęła się i tanecznym krokiem znikła między ludźmi.
komentarze [9]



wtorek, 24 kwietnia 2007 15:49:04

Rozdział 9>

Rozpalony ogień w kominku wesoło trzaskał, rzucając ciepły blask na twarze pary przyjaciół. Rozpoczynając teatr cieni, czarne fale zaczęły tańczyć po bordowych ścianach pokoju wspólnego Gryfonów. Pod wieczór salon pustoszał, a uczniowie zazwyczaj uczyli się w swoich dormitoriach albo siedzieli w ciemnych kątach pokoju wspólnego, cicho ze sobą rozmawiając i dzieląc się świeżymi plotkami.
Ten wieczór Harry i Ron spędzili na nauce. Nie mieli ochoty błądzić po szkole i poznawać tajemnice Hogwartu. Musieli wziąć się do pracy i niestety przyznać Hermionie rację – testy tuż, tuż, a materiału do omówienia mają z każdą lekcją coraz więcej. Do tego wielu tematów nie rozumieli, chociaż Harry bardzo dobrze radził sobie z zaklęciami i wszystkimi formułami z obrony przez czarną magią. Sytuacja Rona wyglądała niestety zupełnie inaczej. Teraz siedząc nad wypracowaniem z eliksirów, miał ochotę pójść do Hermiony i mieć to z głowy, ale obecny stan spowodował, że Ron ograniczył się tylko do marzeń. Spojrzał tępo na w połowie zapisany pergamin i skrzywił się nieznacznie.
- Beznadzieja – mruknął i odłożył pióro na bok.
Oparł znużony głowę na dłoniach i głośno westchnął.
- Aż tak źle ci idzie? – spytał Harry, podnosząc wzrok znad opasłej książki.
- Gorzej być nie może – odpowiedział, przecierając oczy. – Do tego ten wypadek Hermiony.
- Hm, nikt nie spodziewałby się czegoś takiego po Malfoyu – bąknął chłopak, odkładając lekturę.
- Tylko nie mów, że Malfoy jest bohaterem, bo tego już na pewno nie zniosę – warknął rozdrażniony Ron, prostując się w fotelu.
- Nic z tych rzeczy! Nienawidzę go tak samo jak i ty, ale Hermiona, hm, zawdzięcza mu życie, że tak powiem – szepnął konspiracyjnym głosem.
- Zawdzięcza życie? – zapytał, patrząc na Harry’ego jak na winowajcę.
- W każdym bądź razie Hermiona ma wobec niego dług wdzięczności – powiedział Harry.
- Dług wdzięczności?! – krzyknął Ron tak głośno, że paru uczniów wyjrzało ze swoich dormitoriów, rzucając nieprzyjemne spojrzenia rudowłosemu Gryfonowi. – Za te lata wyzwisk nawet, gdyby ratował jej życie codziennie nie powinna, iść do niego z podziękowaniami.
- Ech, znasz ją. Źle się będzie czuła z długiem do spłacenia. Jest zbyt pedantyczna, więc mogę się założyć, że nie minie tydzień, a już będzie po sprawie.
- Ty w ogóle nie rozumiesz! – prychnął oburzony Ron. – Mówię do ciebie, a ty jak błotoryj nic tylko dalej swoje. Jak ona może mieć jakiekolwiek wyrzuty sumienia?
- A ty byś nie miał? – zapytał Harry, poprawiając okulary.
- Gdyby mi Malfoy życie uratował? Ale nic takiego nie miałoby miejsca! Przecież on każdego wieczora odprawia w naszej intencji modły, byleby pozbawić nas życia! – odpowiedział Ron, mierząc Harry’ego w taki sposób, że młodzieńca przeszły dreszcze.
- Ron! Ale dlaczego ty tak bardzo przejmujesz się faktem, że Malfoy na reszcie zrobił coś dobrze?
- Może właśnie dlatego – odparł chłopak i ruszył w stronę dormitorium.

*

Skrzydło szpitalne, w którym od dwóch dni leżała Hermiona, co jakiś czas było odwiedzane przez różnych uczniów. Dziewczyna była zdziwiona liczbą osób, które chciały ją zobaczyć, jednak po paru rozmowach wszystko się wyjaśniło. Okryty złą sławą Draco Malfoy stał się teraz głównym tematem plotek i domysłów za sprawą pomyślnego oddania Hermiony pod opiekę pani Pomfrey i tajemniczego zniknięcia. Gryfonka nie wytrzymywała tego nagłego zainteresowania swoją i jego osobą – męczące było ciągłe odpowiadanie na głupie i infantylne pytania, które w ogóle nie rzucały światła dziennego na tą sprawę, która sprawiła, że Hermiona czuła się oszołomiona wyczynem Ślizgona. Nie była w stanie uwierzyć, że coś takiego miało miejsce. Po dotarciu do skrzydła szpitalnego była nieprzytomna przez parę godzin, a gdy się już obudziła, pielęgniarka opowiedziała jej jak się tutaj znalazła. Jej zdziwienie i nie dowierzenie rosło z każdym wypowiedzianym słowem przez kobietę, która była tak wzruszona zaistniałą sytuacją, że chcąc udobruchać wzburzoną Hermionę, urozmaiciła swój monolog do tego stopnia, że Malfoy mógłby dostać złoty puchar za uratowanie jej życia. Mimo to dziewczyna miała ochotę krzyczeć. Kipiała z wściekłości, słysząc jak ten szkaradny, ulizany, czystokrwisty półgłówek został wyniesiony na wyżyny. Nie dość, że uniemożliwiał jej zdobywanie punktów dla Gryffindoru to jeszcze miała wobec niego dług, którego w ogóle nie powinna mieć. Nie była w stanie, aby podejść do niego i wypowiedzieć słowo, które nie widniało na jej liście, na której znajdowały się tylko wyzwiska i ewentualnie zaklęcia, pozbycia się go z świata czarodziei.
No, ale się stało.
Dzisiejszego dnia Hermiona miała już wyjść. Wstając ze szpitalnego łóżka, dostała ostatnią porcję witamin i mogła wrócić do normalnego życia. Idąc pustymi korytarzami, mijała okna, za którymi widziała jak słońce chyliło się ku zachodowi. Stęskniła się za przyjaciółmi i za całym harmidrem, za lekcjami i nauką. Pewnie przez te dwa dni Malfoy nie próżnował i skorzystał z jej nieobecności. Kierując swoje kroki w stronę schodów, prowadzących na siódme piętro, zobaczyła Dracona maszerującego przez korytarz, opatulonego w czarny, ubłocony płaszcz. Kiedy obok niej przeszedł, w ogóle się nie zatrzymał. Zupełnie jakby jej nie zauważył.
Ślizgon szedł dalej, mrucząc coś pod nosem, ignorując nawoływania Hermiony i silne podmuchy wiatru, które szamotały ciemną peleryną.
Obolała ręka i kark od upadku straszliwie dokuczały Malfoyowi, co jakiś czas wywołując u niego ciche syknięcie i grymas bólu. Spodziewał się, że Lucjusz skorzysta z okazji i bez żadnego powodu go zaatakuje, chcąc nauczyć syna posłuszeństwa bądź punktualności. Mimo to Draco czuł dumę, że nie zawiódł ojca i Czarnego Pana. Tak bardzo pragnął, aby usłyszeć choć jedno słowo pochwały. Otarł delikatnie twarz z potu, by nie podrażnić zaczerwienionych ran i fioletowo zielonych sińców, szpecących jego blade, piękne oblicze. Odgarnął niesforny kosmyk, opadający na czoło i przyspieszył, chcąc jak najszybciej znaleźć się w Slytherinie.
Schodząc do lochów Draco zniknął z oczu biegnącej za nim Hermionie, która ze zrezygnowaną miną przystanęła i zawróciła.
komentarze [11]



sobota, 3 lutego 2007 15:06:55

Rozdział 8>

Pogoda pogarszała się z dnia na dzień. Złota jesień minęła bez powrotnie, a wichura, która szalała na dworze postrącała ostatnie brązowe liście i rozesłała je na wszystkie strony świata. Drzewa Zakazanego Lasu niebezpiecznie się wyginały. Gdzieniegdzie można było usłyszeć jak z głośnym trzaskiem na ziemię spadają ciężkie gałęzie.
Wszystkich uczniów Hogwartu, którzy widząc co się dzieje na zewnątrz opuszczał dobry humor. Idąc przez zamkowe, pogrążone w ciemnościach korytarze uczniowie zakrywali się szczelniej swoimi czarnymi szatami. Nieszczelne okna przepuszczały zimny powiem wiatru, który szalejąc na szkolnych korytarzach zaganiał młodzież do swoich domów, a w czasie lekcji niespodziewanie otwierał klasowe drzwi. Co chwilę można było spotkać ludzi z dużą chustką przy nosie, kichających i przeklinających taką pogodę. Wydawałoby się, że wichura panująca na błoniach została zauważona przez wszystkich, jednak ona nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Jedyne co ją interesowało to grube księgi, które musiała przeczytać i podobnie jak ona zaczytany blondyn siedzący naprzeciwko.
Hermiona widząc, jak Malfoy przysiada się do niej była wściekła. Wiedział, że kiedy to zrobi, nie będzie mogła się skupić przez co, to jego ręka będzie wystrzeliwała w powietrze.
Już od jakiegoś czasu, zauważyła, że szkolna biblioteka nie jest już tylko jej siedzibą, ale i jego – Draco Malfoya, który jeszcze niedawno nie wiedział co to Wywar Dekompresyjny. Jednak nie irytowało ją, ale ciekawiło. Dlaczego nagle zaczął przykładać się tak do nauki? Gryfonka czasami myślała, że Ślizgon wie od niej o wiele więcej. Bała się, że w końcu nauczyciele przestaną ją pytać przez co nie będzie zdobywała punktów.
Od jakiegoś czasu nie słyszała żadnych pogłosek na jego temat. Cały swój wolny czas poświęcał na siedzeniu w bibliotece i uczeniu się. Dziewczyna była przekonana, że za tym mimo wszystko coś się kryje. Parę dni temu widziała jak kręcił się niedaleko Działu Ksiąg Zakazanych.
Może chce zdobyć przychylność pani Pince? Nie, przecież ona nie lubi nawet swojej rodziny, a co dopiero uczniów, których uważa za intruzów w jej książkowym świecie starych, rosyjskich romansów.
Dzisiejszego dnia było podobnie. Kiedy skończył czytać, wstał i skierował się w stronę Działu Ksiąg Zakazanych. Chodził od jednego regału, do drugiego aż wreszcie zniknął.
Dziewczyna widząc to, poszła w miejsce, gdzie przed chwilą go widziała. Nikogo nie zobaczyła. Podeszła do ostatniego regału, który oddzielał bibliotekę od czarnej, żelaznej kraty, za którą znajdowały się Księgi Zakazane. Stała tam tylko ładnie rzeźbiona antyczna komoda ze szklanymi półeczkami, a przed nią stos grubych książek, która pewnie zostawił Malfoy. Gryfonka sięgnęła po jedną z nich. Kiedy już miała jej dotknąć spod komody wyśliznęła się ręka i błyskawicznie złapała Hermionę za nadgarstek.
- Zostaw to – syknął Malfoy, który wygramolił się spod mebla. – Śledzisz mnie?
- Zobaczyłam jak nagle zniknąłeś. Skąd masz te wszystkie księgi?
Draco zmierzył ją wzrokiem.
- Nie twoja sprawa, daj mi spokój.
- Jak mam to zrobić skoro cały czas mnie trzymasz za rękę, idioto?
Chłopak puścił jej dłoń, wziął książki i już miał iść, kiedy Hermiona zatrzymała go.
- Skąd je masz?
- Powiedziałem. To nie twoja sprawa – odpowiedział.
- Lepiej mi powiedz, bo doniosę, że twoje manewry wykroczyły trochę poza dostępną część biblioteki – zagroziła mu brązowowłosa ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
- Nie masz na mnie żadnych dowodów.
- Wystarczy, że krzyknę, a przyleci tutaj pani Pince, a ona już zajmie się resztą – skwitowała.
Draco wiedział, że ma rację. Jeden fałszywy ruch, a straci to czego szukał od paru tygodni.
- Dobrze pokażę ci co takiego tutaj mam, Granger – odparł.
Zdziwiona jego zachowaniem Hermiona nie przeczuła tego co Ślizgon w tej chwili zrobi. Podniósł jedną z cięższych książek i uderzył ją w głowę. Dziewczyna upadła na podłogę.
- Pani Pince! Pani Pince! – krzyczał Malfoy.
Bibliotekarka natychmiast przybiegła, a widząc leżącą Hermionę i przerażonego Ślizgona wrzasnęła przeraźliwie.
- Trzeba zabrać ją do skrzydła szpitalnego.
Malfoy wziął dziewczynę na ręce i pobiegł za panią Pince. Kiedy dotarli na miejsce kobieta otworzyła z głośnym hukiem drzwi i krzyknęła:
- Pani Pomfrey!
Gdy pielęgniarka wyszła ze swojego pokoju połączonego ze skrzydłem szpitalnym bibliotekarka powiedziała:
- Szybko! Uczennica...
- Spokojnie, pani Pince – przerwała jej opanowanym i stanowczym głosem pielęgniarka. – Malfoy połóż ją tutaj na łóżku.
Chłopak posłusznie położył Hermionę na wskazanym posłaniu, gratulując sobie pomysłu. Nie dość, że uratował własną skórę to zemścił się na Granger, która już od dawna go denerwowała. Miał jednak nadzieję, że kiedy się obudzi nie będzie pamiętała tego co wydarzyło się w bibliotece.
Zostawił Gryfonkę pod opieką Pomfrey i udał się na umówione spotkanie z ojcem.
komentarze [20]



piątek, 12 stycznia 2007 14:39:44

Rozdział 7

Wchodząc do dormitorium dziewcząt, przyjaciele zobaczyli bałagan jakiego jeszcze nigdy w życiu nie widzieli. Na podłodze leżały powyrywane strony z książek i mnóstwo pierza z poduszek. Małe, czerwone pufy były poprzewracane, a strzępy zasłon walały się po całym pokoju. Nie byli zdolni uwierzyć, że za tym chaosem stoi Hermiona.
Byli przerażeni.
Czarnowłosy chłopak spojrzał niespokojnym wzrokiem na Rona, który miał strach w oczach.
Razem podeszli do łóżka, na którym siedziała zawinięta w grubą kołdrę Hermiona. Włosy niesfornie wyłaziły z kitki i opadały na twarz. Była cała czerwona, a jej brązowe oczy na widok przyjaciół stały się wodniste. Trzęsła się, co jakiś czas pociągając nosem.
Chłopcy nieśmiało i ze strachem usiedli obok niej na łóżku. Nie chcieli, aby zrobiła z nimi to samo co z dormitorium. Dziewczyna nic nie powiedziała.
- My wiemy, że to wszystko było kłamstwem – powiedział Harry, próbując spojrzeć w oczy przyjaciółki. – Ale, kiedy McGonagall zaczęła o tym mówić, tak... Szczerze przekonana o twojej winie, po prostu jej uwierzyliśmy. Wiem, że przyjaciele tak nie robią, ale...
Brązowowłosa spojrzała na niego z niechęcią. Harry zawahał się.
- Wiemy, że to jest wobec ciebie nie w porządku. I zrozumiemy, kiedy nam nie wybaczysz – dopowiedział Ron.
Nie usłyszeli odpowiedzi, ponieważ Hermiona wybiegła z sypialni. Trzasnęła drzwiami i przebiegając zatłoczony pokój wspólny, wyskoczyła przez portret Grubej Damy. Korytarze były puste. Tylko, gdzieniegdzie zauważyła samotnych uczniów błądzących po zimnych, hogwartckich korytarzach. Co jakiś czas skręcała, szukając odpowiedniego miejsca, gdzie spokojnie mogłaby wszystko przemyśleć, uspokoić się i wyładować negatywną energię.
Przez załzawione oczy nie widziała dokładnie drogi. Potykała się co chwilę, próbując łapać równowagę.
Wybiegając zza zakrętu gwałtownie na kogoś wpadła. Uderzenie było tak silne, że z impetem upadła na podłogę. Otarła mokrą twarz, chcąc ujrzeć winowajcę, który uniemożliwił jej ucieczkę przed własnymi problemami.
Spodziewała się każdego, tylko nie jego. Nie chciała, żeby widział jak płacze. Jak płacze z jakiegoś błahego powodu. To nie jej wina, że jest słaba i wszystkim się przejmuje.
Dziewczyna widząc ten okropny, krzywy uśmiech widniejący na bladej twarzy, której właściciela tak bardzo nienawidzi, poczuła chęć zrobienia mu krzywdy. Grymas jaki wpłynął na twarz Ślizgona dodał jej sił. Przybrała podobną minę i podniosła się. Spojrzała groźnie na swojego wroga z zadartą głową do góry.
- Proszę, proszę. Granger włóczy się po korytarzach, kiedy powinna być w swoim domu – syknął młody Malfoy z niebezpiecznym błyskiem w oku.
- Podobnie jak ty, jestem prefektem, więc mam prawo – odpowiedziała Hermiona.
Blondyn patrząc na jej różowe policzki i zaczerwienione oczy od płaczu, stracił chęć na sprawianie jeszcze większej krzywdy dziewczynie. Ale sądząc po piorunach jakie ciskały z oczu Granger, ona nabierała coraz większej ochoty.
- Hm, ale nie naczelnym. Wracaj do domu – warknął, odwracając się do niej plecami.
- Nie mam zamiaru słuchać się takiego padalca jak ty, Malfoy – krzyknęła.
- Może jestem padalcem, ale ty większym. Ja przynajmniej nie hańbię społeczeństwa czarodziejów nieczystą krwią.
- Czyżbym wytrąciła ciebie z równowagi? – zakpiła, krzyżując ręce na piersiach.
Chłopak odwrócił się i posłał pełne nienawiści spojrzenie w stronę Gryfonki. Przez te wakacje nabyła coś czego nie lubił u ludzi – cięty język. Teraz zadając jej słowne przykrości, nie usłyszy tylko „Zamknij się, Malfoy!”, ale wiele więcej. Nie zobaczy jak obrażona ucieka do swoich przyjaciół, tylko bezczelnie będzie przed nim stała i wyrzucała mu jaki on naprawdę jest.
- Nie widziałaś mnie jeszcze wściekłego, Granger – odparł, opanowując emocje, nad którymi często tracił kontrolę.
- Nie? Przecież widzę jaki jesteś czerwony – powiedziała.
- Hm, mało prawdopodobne, żebym się zaczerwienił tak jak ty, szlamo.
Hermiona już dawno przyzwyczaiła się do tego mienia, którym Ślizgoni ją prześladowali od samego pobytu w Hogwarcie. Dlatego to nie wzbudzało w niej już żadnej wściekłości.
- Zresztą to nie ja płaczę przez oszustwo, którego padłaś ofiarą. Ale jak widzę, masz poczucie winy skoro tak się zachowujesz – powiedział. – Jeżeli byłabyś niewinna nie przejmowałabyś się tym, ale zbagatelizowała to, a tych, którzy ci nie wierzą miałabyś gdzieś.
Oczy dziewczyny otworzyły się szerzej. Od środka przygryzła policzek, próbując się opanować, by nie wyjąć różdżki i nie rzucić na niego jakiegoś zakazanego zaklęcia. Dłonie zacisnęła w pięści.
- No, chyba mnie nie uderzysz jak w trzeciej klasie? – zakpił. – Chociaż szczerze mówiąc, naprawdę bolało.
Twarz Hermiony stała się czerwona ze wściekłości.
- Nienawidzę cię! Nienawidzę! Przychodząc na ten świat sprawiłeś, że wiele osób przez ciebie jest naprawdę nieszczęśliwych! Zasługujesz na wszystko co najgorsze. Poczynając od Azkabanu, a kończąc na piekle! Dlaczego przyjemnością jest dla ciebie, męczenie mnie i moich przyjaciół, co?! Czy traktujesz to jako rodzaj rozrywki? Przez ciebie, opiekun mojego domu, ulubiona nauczycielka i dyrektorka, znienawidziła mnie! A to wszystko po to, aby zapewnić sobie ubaw na parę dni! A potem co? Może naślesz na Harry’ego kolegów swojego tatusia! Albo pozbawisz pracy ojca Rona! Jesteś chory! – krzyczała Hermiona ze łzami w oczach.
Wiedziała, że Malfoya stać na wszystko. Na kłamstwa, kradzieże, kłótnie, wyzywanie na pojedynki, ale żeby na wrabianie? Wrabianie niewinnej osoby?
Dziewczyna podeszła do blondyna. Chciała, żeby coś powiedział. Żeby zaprzeczył albo powiedział, że nadal będzie to robił. Żeby powiedział cokolwiek! Jednak on milczał. Z jego twarzy nie mogła nic wyczytać. Była jak kamienna maska. Jego szaroniebieskie oczy nie wyrażały już tej nienawiści co wcześniej. Były nieruchome, bez życia. Nie lśniły złowieszczo ani nie widać było w nich niebezpiecznych błysków.
Nie krzywił ust w kpiącym uśmiechu.
Hermiona chcąc go wyminąć i wrócić krótszą drogą do Gryffindoru, usłyszała słowa, których nigdy by się nie spodziewała:
- Nawet gdybym chciał, nie zmienię się.
komentarze [19]



niedziela, 31 grudnia 2006 11:23:32

Rozdział 6

Szata ciemnowłosej dziewczyny zaszeleściła złowieszczo przez przeciąg jaki spowodowało gwałtowne otwarcie drewnianych drzwi.
- Zamknij okno, zimo tu – powiedział wysoki blondyn, zrzucając z ramion mokrą, ładnie wyszywaną pelerynę.
Dziewczyna posłusznie wykonała prośbę. Wiedziała, że spory o tak błahe tematy go jeszcze bardziej zdenerwują, a przyszła tutaj po to, aby dowiedzieć się tego o czym huczy cała szkoła.
- Dlaczego ośmieszyłeś Granger?
- A co lubisz ją, Pansy? – zapytał chłodno Malfoy.
- Nie, ale przez to nie jesteś sobą! Myślisz tylko o tym, aby się na niej zemścić, znikasz na całe dnie... Do tego ciągle czytasz tą dziwną książkę.
- Ty też – powiedział, ignorując wzmiankę o książce.
Oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe z przerażenia.
- Ja przynajmniej znikam i robię coś pożytecznego! – pisnęła histerycznie.
- Więc czczenie mojej osoby jest bardziej pożyteczne, niż zgłębianie wiedzy i tępienie szlam?
- Tak!
Chłopak spojrzał na nią zdegustowany.
- Nie! Ja niczego ani nikogo nie czczę – zaprzeczyła, przygryzając wargę.
Draco zaśmiał się. Od zawsze lubił nękać słabszych od siebie. Wystarczyło jedno słowo, a oni już się kulili, uciekali i chowali się po kątach. Kochał władzę. Lubił jak wszystko i wszyscy było mu podporządkowane. Nie tolerował nie posłuszeństwa.
Dzięki wpływom ojca, swojej determinacji osiągnął sławę, popularność i pozycję w szkole. Nie byłoby takiego co by mu podskoczył.
Gdy zadał komuś ból, czuł radość.
Jednak wtedy, gdy zobaczył Hermionę, coś w nim pękło.
Nie wiedział co to sumienie, bo go nie miał, ale widząc wściekłą Granger, załamaną i zrozpaczoną, poczuł coś czego nie potrafił nazwać.
Litość?
Raczej pogarda, dla osób słabych, nie umiejących sobie radzić. Ale to nie było to.
Spuścił głowę.
- Coś się stało?
- Zostaw mnie – warknął w stronę brunetki.
Pansy spojrzała na niego smutnym wzrokiem. Tak bardzo chciała, żeby zwrócił na nią uwagę i przestał zajmować się tą okropną szlamą.
- Na pewno? – spytała się po raz drugi.
- Powiedziałem, żebyś mnie zostawiła! Nie dociera?
Wychodząc cicho zamknęła drzwi, zostawiając Ślizgona samego.

*

W pokoju wspólnym Gryffindoru jak zwykle o tej porze było gwarno i wszędzie można było słyszeć wesołe rozmowy, śmiech i krzyki.
Godzina szesnasta.
Wszyscy uczniowie zmęczeni, ale szczęśliwi, że lekcje mają już za sobą, siadali na kanapach, pufach i rozpoczynali rozmowę z kolegami.
Wokół rozpościerał się zapach szczęścia i relaksu, jednak nie wszyscy tak się czuli.
Dwaj przyjaciele – Harry i Ron nie byli w stanie nawet się uśmiechnąć. Nie mieli siły na nic poza trwaniem w milczeniu. Siedzieli w kącie pokoju wspólnego i nie wiedzieli co ze sobą zrobić.
Kiedy McGonagall nagle wstała od swojego biurka i oskarżyła Hermionę – ich przyjaciółkę – o przekupstwo i nieodpowiednie zachowanie, uwierzyli we wszystko co powiedziała. We wszystko.
Nie wzięli pod uwagę, że Hermiona Granger, wybitnie zdolna uczennica, pochodząca z nie magicznej rodziny, zawsze do wszystkiego dochodziła sama. Nie korzystała z niczyjej pomocy, tylko codziennie przebywała w bibliotece i zdobywała wiedzę, z której potem oni korzystali.
Jedyne co czuli to wstyd.
Nagle wszelki hałas w Gryffindorze ucichł. Harry podniósł głowę i zobaczył jak przez pomieszczenie pędzi Hermiona. Miała spuszczoną głowę. Zewsząd słychać było złośliwe szepty.
Cały Gryffindor wiedział.
Czarnowłosy klepnął Rona, który nie rozumiał o co chodzi i powiedział:
- Musimy z nią pogadać, a przede wszystkim przeprosić.
- Zwariowałeś?! Nie będzie chciała nas słuchać – odpowiedział rudowłosy i ukrył twarz w dłoniach.
- Spróbujmy – powiedział Harry, ciągnąc za sobą przyjaciela.
Gdy przechodzili przez tłum, Gryfoni schodzili im z drogi. Widać było, że nie są skorzy do rozmów ani kłótni.
Kiedy stanęli przed krętymi, dębowymi schodami do dormitorium dziewcząt, ogarnął ich strach. Nie chcieli stracić najlepszej przyjaciółki, która nie raz ryzykowała dla nich swoim życiem. Dzięki której wiele razy wychodzili z kłopotów.
Rzucili zaklęcie na swoje buty i powoli weszli po schodach.
- Kto puka? – spytał Ron.
Harry nie odpowiadając, zapukał.
komentarze [14]



niedziela, 24 grudnia 2006 18:05:28

Rozdział 5

Było już grubo po północy, kiedy wysoki blondyn szedł przez korytarz z szerokim uśmiechem na twarzy. Czuł wielkie zadowolenie z tego co zrobił. Poniżył Granger w oczach dyrektorki i osiągnął swój cel.
Sam nie wiedział, dlaczego zajęło mu to tyle czasu. Parę godzin spędził na tym, aby wytłumaczyć profesor McGonagall na błędzie jaki popełnia i jak to wykorzystuje Hermiona.
Wszystko poszło po jego myśli.
Nie mógł uwierzyć, że McGonagall tak szybko dała się owinąć wokół palca. Za każdym razem, gdy mówił o tym co Granger robi po lekcjach czy jak się zachowuje wobec innych, podnosiła jedną brew do góry i pytała skąd to wszystko wie.
Draco wyciągnął teczkę, w której miał dowody i takim sposobem pogrążył ją na dobre.
Chciało mu się śmiać ze szczęścia, miał ochotę krzyknąć, że wygrał.
Przyśpieszył kroku i po paru minutach maszerowania zamkowymi korytarzami zszedł do lochów, gdzie skierował się w stronę wejścia do Slytherinu. Wyszeptał hasło i ściana ukazała czarną wnękę. Ślizgon wchodząc do pokoju wspólnego Slytherinu, spodziewał się swoich kolegów, którzy będą jeszcze siedzieć i rozmawiać, jednak w pomieszczeniu panował półmrok.
Czarne, obite skórą fotele połyskiwały w blasku księżyca, święcącego pełnią na granatowym niebie. Małe, okrągłe okna prawie pod samym sufitem, w których można było zobaczyć księżyc za dnia były prawie niezauważalne. Teraz były mocno zarysowane na kamiennej ścianie, która obwieszona zielonym aksamitem wyglądała jak jeden, ogromny obraz.
Draco uśmiechnął się, siadając na czarnej kanapie, która ugięła pod jego ciężarem.
Rozglądając się pod całym pokoju wspólnym, Ślizgon poczuł się jak u siebie w domu.
Panujący wszędzie półmrok wprowadził go w melancholijny nastrój, poczuł wewnętrzny spokój i zamknął oczy. Przypomniał sobie o prezencie od ojca.
Jeszcze nie czas.
Zasnął.

*

Czerwone i złote liście, które spadły na początku jesieni na szkolnych błoniach, teraz stały się nieprzyjemnie brązowe. Co chwila wiejący porywisty wiatr, zabierał je w powietrze, a potem pchał w stronę Zakazanego Lasu.
Na dworze z każdym dniem robiło się coraz chłodniej, jednak nawet to nie zniechęciło młodej Gryfonki do spaceru.
Zimny wiatr chłodził jej gorące od wściekłości policzki. Z jej niedawno wesołych oczu, błyskały niebezpieczne iskierki. Szła, stawiając zamaszyste kroki w stronę ulubionej ławki pod rozłożystym dębem, który już zrzucił wszystkie liście leżące lub latające wokoło.
Nawet, gdy usiadła, jej furia nie osłabła. Miała ochotę krzyczeć. Jeszcze nigdy nie czuła się tak znieważona i oszukana. Miotała ją niepohamowana złość.
Gwałtownie wstała i otrzepała się z liści, które zaplątały się w jej gęstych włosach.
Prychnęła i cisnęła swoją torbę na ławkę.
Znowu usiadła, chowając twarz w dłoniach.
Kto mógł coś takiego zrobić? Dlaczego akurat mi? Tej, która nic złego nikomu nie robi. Przecież to stek kłamstw! I do tego, żeby McGonagall temu komuś uwierzyła!
Odgarnęła z twarzy włosy i spojrzała w niebo. Wyglądało jakby zaraz miał lunąć obfity deszcz. Z północy nadciągały ciemne chmury, a wiatr z każdą chwilą wzrastał w siłę. Zanosiło się na burzę.
Hermiona nie chciała wracać do zamku. Nadal uparcie siedziała na drewnianej ławce, czekając na pierwsze krople deszczu.
Nie wiedziała co powiedzieć przyjaciołom. Bała się na nich spojrzeć. Mimo, że nie była winna, bała się tego co Harry i Ron sobie o niej pomyślą. Przecież wszystko co powiedziała McGonagall było takie wiarygodne. Takie prawdziwe.
Mogą jej nie uwierzyć. Możliwe, że nawet nie dadzą jej dojść do słowa. Nie pozwolą jej się wytłumaczyć.
- Dlaczego właśnie ja? – szepnęła, a z jej oczu poleciały łzy, które zmieszały się zaczynającym padać deszczem.
Krople spadające z nieba raniły twarz dziewczyny jak ostre sztylety. Otarła rękawem grubej bluzy mokre oczy, założyła kaptur i z przewieszoną przez ramię torbą wolnym krokiem podążyła do zamku.
Obserwujący ją młody Ślizgon, widząc jak bardzo jej zaszkodził, poczuł coś czego jeszcze do tej pory nie czuł. Nie potrafił nawet tego nazwać. Zaklął pod nosem i wrócił do Hogwartu inną drogą.
komentarze [10]



niedziela, 17 grudnia 2006 15:34:26

Rozdział 4

Już w pierwsze tygodnie szkoły Hermiona Granger dała się młodemu Malfoyowi we znaki. Wystarczyło, że zobaczył jej puszyste włosy na korytarzu czy usłyszał jej głos na lekcji, czuł jak gotuje się ze wściekłości w środku.
Mimo, że podnosił dłoń do góry tak jak ona i tak nie był proszony o odpowiedź. Cały czas ona – Hermiona Granger, ta okropna szlama.
Nienawidził jej za to, że aktywnie uczestniczyła w lekcji, nienawidził za śmiech, który wypełniał całe pomieszczenie, gdzie się znajdowała, nienawidził, kiedy posyłała mu groźne spojrzenia, gdy próbował ją ośmieszyć. Nienawidził jej za wszystko co było z nią związane. Gdy tylko ją zobaczył, miał ochotę rzucić na nią jakieś zaklęcie, aby znikła raz na zawsze.
Jednak mimo wszystko wiedział, że gdyby nie ona, jego dni wyglądałyby monotonnie. Gdyby nie ta szlama, której tak bardzo nienawidził jego życie zatrzymywałoby się w momencie, gdy wracając zmęczony po zajęciach do swojego dormitorium rzucał się na łóżko i obmyślałby zemstę.
Czuł, że ona – dziewczyna, która do wszystkiego doszła sama, bez żadnych znajomości czy podlizywania się – imponowała mu. Dzięki niej zrozumiał, że za rok nie będzie mógł polegać na rodzicach, tylko na samym sobie, na swoich umiejętnościach i wiedzy, jaką zdobył tu, w Hogwarcie.
Cały wolny czas spędzał na odrabianiu prac domowych, na szukaniu informacji i uczeniu się. Chciał być lepszy od niej. Chciał, aby przestała na niego patrzeć na lekcjach i przemądrzałym głosem mówiła na dany temat, dając mu do zrozumienia, że w życiu nie jest najważniejsza pozycja społeczna, ale to jak postępujemy, rzucała mu prawdę prosto w oczy, że nigdy nie będzie od niej lepszy. Nigdy.
Nie lubił, gdy tak właśnie na niego patrzyła, jak mierzyła go tymi swoimi ciemnymi oczami. Pragnął, aby w końcu przestała go poniżać.
Dlatego siedział często w bibliotece i przeglądał książki, których jeszcze niedawno nawet by nie tknął. Tam, właśnie widział ją. Pochyloną nad grubą księgą, czytającą zawzięcie o nowych odkryciach albo osiągnięciach sławnych magów. Zawsze była tutaj przed nim. Jeszcze nigdy nie przyszedł pierwszy. Nawet, gdy on już wychodził późnym wieczorem, aby zdążyć na kolację, ona tam nadal uparcie siedziała bez żadnego posiłku i czytała.
Nie był w stanie uwierzyć, że taki natłok pracy nie sprawia jej żadnych problemów, a tym bardziej, że nie ma czasu, aby przebywać z przyjaciółmi. Dzień w dzień, Draco widział ją jak czytając jedną księgę za drugą, szybkim i zdecydowanym krokiem podążała do co raz trudniejszych działów magii.
Nie był pewien czy robi to z własnej potrzeby czy może widząc jego obecność, próbuje się przed nim popisać. Mimo wszystko Draco czuł niemą zazdrość, że ona i tak to wszystko będzie potrafiła, a on dopiero opanuje dany materiał po jakimś czasie.
Na każdej lekcji Hermiona była pytana i zdobywała punkty. On podnosząc dłoń i znając odpowiedź, był ignorowany przez profesorów. Jedynie na eliksirach mógł popisać się swoją wiedzą, chociaż wiedział, że zawdzięcza wszystko Snape’owi, który sprawował opiekę nad Slytherinem. Kiedy Mistrz Eliksirów odejmował ciężko zarobione punkty Gryffindorowi, czuł wielką satysfakcję i cieszył się, że praca Granger idzie na marne.
Z każdym dniem, gdy mieli zajęcia ze Snape’em, Gryfoni zamiast zdobywać punkty, tracili je.
Jednak i to ich nie osłabiło. Nadal prowadzili stoma punktami.
Draco słuchając po raz kolejny przemądrzałego głosy Gryfonki nie wytrzymał i powiedział:
- Pani profesor, z całym szacunkiem, ale Granger nie jest jedyna, która coś wie na ten temat.
Profesor McGonagall spojrzała na niego zdziwiona.
- Nie rozumiem – odpowiedziała.
- Myślę, że nauczyciele jednych uczniów lubią bardziej, a drugich mniej, jednak, gdy ja się zgłaszam, pani profesor, mnie jawnie ignoruje, dlaczego?
- Nie widzę żadnego związku – wtrąciła Hermiona i posłała Draco piorunujące spojrzenie. – Mogę kontynuować, pani profesor?
Kobieta nie odpowiedziała. Jej twarz przybrała wyraz zamyślenia.
Nie wiedziała co odpowiedzieć. Jakoś nigdy się nie zastanawiała nad niewidoczną dyskryminacją, niektórych uczniów, co do których miała pewność, że nigdy nic nie będą wiedzieli.
- Panno Granger, chwilę – poprosiła dyrektorka i spojrzała badawczo na Ślizgona. – Co przez to chcesz powiedzieć?
- Przecież na każdej transmutacji, tylko Granger jest pytana, na okrągło, mimo, że się zgłaszam, pani cały czas pyta tylko ją – odparł.
- Widocznie sobie nie zasłużyłeś, głupi szowinisto – warknęła Hermiona z wymalowaną satysfakcją na twarzy.
Malfoy już coś chciał powiedzieć, jednak McGonagall go uprzedziła, karcąc za wyrażenie dziewczynę.
- To nie jest rozmowa na lekcję – powiedziała kobieta, patrząc znacząco na chłopaka. – Myślę, że chciałbyś o tym porozmawiać ze mną u mnie, w gabinecie, po lekcjach, panie Malfoy, dobrze?
- Z przyjemnością – odparł, posyłając Hermionie okropny uśmiech.
Dziewczyna opuściła wzrok i zapisała coś na kartce, a potem podała to do przyjaciół, którzy siedzieli obok.
Draco poczuł, że tym razem to on zwycięży i Granger w końcu przestanie się mądrzyć. Chciał sprawić jej przykrość i wiedział, że wkrótce to nastąpi. Gdy cała klasa usłyszała dzwonek, wszyscy poderwali się z miejsc i wybiegli na przerwę. Ślizgon kierując się na obiad wpadł na Blaise’a, który miał nieciekawą minę.
- Co ty narobiłeś, Draco – warknął na blondyna.
- O co ci chodzi? Chcę tylko podokuczać szlamie – odpowiedział.
- Wiesz co z tego wyniknie? Nie wiem jak tobie, ale mnie odpowiada bezczynne siedzenie i słuchanie długich wykładów McGonagall, wiesz?
- A mnie nie – wycedził przez zaciśnięte zęby Malfoy i wymijając przyjaciela poszedł sam na obiad, gdzie spotkał rozchichotaną Pansy.
Gdy tylko otworzyła usta, Draco uciszył ją jednym gestem, a ona zamilkła.
Może Blaise ma rację? Może nie potrzebnie rozdrażniłem McGonagall? Ech, a co tam! Przynajmniej Granger, zacznie się mieć na baczności i przestanie piszczeć na każdych zajęciach - żeby tylko mi się udało.
komentarze [9]



sobota, 16 grudnia 2006 19:03:48

Rozdział 3

Do przytulnego dziewczęcego dormitorium przez małe, okrągłe okienko wdarły się jesienne promienie słońca, budząc Gryfonkę. Z grymasem na twarzy otworzyła oczy i niechętnie odrzuciła pod ścianę bordową kołdrę z godłem Gryffindoru.
Wstając, jej stopy zetknęły się z zimną podłogą, co wywołało ciche syknięcie. Nie chcąc obudzić koleżanek z dormitorium, które jeszcze spały, szybko weszła do łazienki, gdzie podchodząc do prysznica, odkręciła kurek z zimną wodą.
Zawsze, gdy była zaspana, pędziła pod zimny prysznic, który natychmiastowo ją orzeźwiał. Musiała ochłonąć przed dzisiejszym dniem, na który od tak dawna czekała. Po dwóch miesiącach wakacji, nauczyciele znowu zobaczą jak jej ręka błyskawicznie pojawia się w górze. Po tak długiej przerwie usłyszą jak przemądrzałym głosem wymawia dokładnie, słowo w słowo daną regułkę. I po raz kolejny dadzą jej z uśmiechem na twarzy piętnaście punktów, za które na przerwie będą dziękować koledzy.
Zimny strumień zmoczył gęste, roztrzepane włosy dziewczyny, a potem powoli spłynął po opalonych plecach, pośladkach i zgrabnych nogach. Gdy tylko Hermiona poczuła, że woda jest lodowata, skórę pokryła gęsia skórka. Przymknęła na chwilę oczy i przygryzła usta. Czuła jak zimno przenika ją na wskroś. Jak każda kropelka jest wchłaniana przez skórę.
Odkręciła kurek z ciepłą wodą i poczuła wielką ulgę. Uśmiechnęła się i podniosła twarz do strumienia skąd leciała woda.
Mogłaby stać tak w nieskończoność, jednak pomyślała o dziewczynach, które przez nią spóźniłyby się na lekcje. Zakręciła kurek i odsuwając matowe, szklane drzwi zobaczyła swoje odbicie w lustrze po przeciwległej stronie. Z poskręcanych włosów po kolei kapały małe, krystaliczne kropelki wprost na puszysty dywanik. Hermiona stanęła na nim i sięgnęła po ręcznik. Dokładnie wytarła się, a potem założyła szkolny mundurek, który był przewieszony przez srebrną poręcz.
Wychodząc z łazienki przygotowana do uczestniczenia w życiu szkoły z uśmiechem zauważyła, że jej koleżanki powoli się budzą.
Lavender głośno ziewnęła i na widok Hermiony uśmiechnęła się. Chociaż nigdy za sobą nie przepadały w dzisiejszym dniu miały ochotę skoczyć sobie w ramiona i cieszyć, że znowu się spotkały. Po drugiej stronie małego dormitorium, Hermiona usłyszała ciche marudzenie Parvati, która od zawsze była miłośniczką długiego leniuchowania.
- To już dzisiaj – oznajmiła Levander, która przeciągając się omal nie strąciła smukłego wazoniku z różą.
- Co? – spytała Parvati, jej przyjaciółka siadając na obok niej.
- Pierwszy dzień szkoły, nasz pierwszy i ostatni – odpowiedziała.
- Tak, za rok już tego pierwszego dnia nie będzie – zgodziła się Hermiona z żalem w głosie.
Mogłaby wracać do Hogwartu co roku i nigdy by się tym nie znudziła. Miała pewność, że z każdym pobytem w szkole Magii i Czarodziejstwa spotykałaby ją tutaj kolejna, nowa przygoda, przepełniona magią i tajemnicami.
Dziewczyna podeszła do swojego łóżka i pościeliła je, jak to zawsze robiła w pierwszy dzień szkoły.
Sięgnęła po różdżkę i mruknęła zaklęcie, które wysuszyło jej wilgotne włosy. Złapała za szczotkę i wolno, dzieląc je na pasma, zaczęła je rozczesywać przy okazji obserwując jak Parvati i Lavender kłócą się o pierwszeństwo wejścia do łazienki, z czego skorzystała drobna Natalia McDonald, która szybko weszła do łazienki i cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Nie, zawsze ty w pierwszym dniu zajmowałaś łazienkę. A wiesz, że ja muszę wkładać więcej pracy w swój makijaż niż ty – mówiła Levander, na co oburzona Parvati odpowiedziała:
- Przecież to ja, nakładam róż na policzki i fiolet na powieki, do tego jeszcze podkład, malinowy błyszczyk i...
- Przestańcie – przerwała jej Hermiona, która już lekko podenerwowana kłótnią przyjaciółek chciała jej zaprzestać.
Dziewczyny spojrzały na nią wściekle. Cały urok koleżeństwa minął.
- Natalia skorzystała z waszej głupiej kłótni – powiedziała brunetka kończąc się czesać.
Parvati podbiegła do drzwi łazienki i zaczęła w nie pukać. Za nią poszła Levander, która przeraźliwie zaczęła piszczeć, że nie może wyjść z dormitorium bez makijażu, na co Natalia jako łagodna i nie lubiąca pisku ani hałasu szybko uwinęła się z porannymi czynnościami i wpuściła rozhisteryzowane przyjaciółki do środka.
- Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – mruknęła do siebie Hermiona i wyszła z dormitorium.

*

Już z samego rana humor Draco zepsuł się. Wystarczyło, że ujrzał Pansy w swoim pokoju, słodko się uśmiechającą na jego widok, już go mdliło. Nie lubił jej, nigdy nie wiedział dlaczego, ale miała w sobie coś co naprawdę w niej go odpychało. Jednak na jego nieszczęście ona wprost go uwielbiała. Miał niejasne podejrzenia do tego czy ona przypadkiem nie zbudowała, gdzieś w Zakazanym Lesie kapliczki na jego cześć, bo niedawno dosyć często znikała.
Czuł wtedy większą swobodę, ponieważ mógł oglądać się za wszystkimi interesującymi go dziewczynami ze szkoły bez obawy, że usłyszy głośny płacz Pansy, która będzie łkała, że to ona powinna być jego obiektem westchnień.
Dzisiejszego poranka, jednak Pansy nie opuszczała go na krok. Stała w progu i czekała na niego aż się przygotuje i będą mogli pójść na śniadanie do Wielkiej Sali.
Z grymasem na twarzy poszedł do łazienki i siedział tam jak najdłużej, żeby Pansy w końcu się znudziła i poszła bez niego. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Zrezygnowany wyszedł i niechętnie spojrzał na swoją towarzyszkę.
- Och, Draco czy to nie miłe zjeść razem śniadanie? – spytała, trzepocząc długimi rzęsami.
- Nie, nie będzie miłe, dla mnie z pewnością – odpowiedział.
- Tylko tak mówisz – zaśmiała się nerwowo Pansy.
Dalszą drogę przeszli w milczeniu. Młody Malfoy nigdy nie lubił przebywać z Pansy.
Nudziła go ta jej słodkość, nienawidził, kiedy się do niego zwracała. Jak na siłę próbowała nawiązać z nim rozmowę i kiedy namawiała go na spacer po błoniach.
Ale nic nie dawały jego krzyki i kłótnie.
Wchodząc do Wielkiej Sali, którą tak bardzo lubił, zobaczył uczniów, którzy już siedzieli przy długich stołach i ze smakiem jedli tosty przygotowane przez skrzaty domowe. Draco skierował się w stronę stołu pod samą ścianą sali i usiadł obok Blais’a, który rozmawiał z bardzo ładną dziewczyną.
- Cześć, Blaise – przywitał się Draco.
- Witaj, bracie – odpowiedział szybko i powrócił do rozmowy z dziewczyną.
Draco zmierzył Zabiniego ostrym wzrokiem.
Nagle do sali weszła Hermiona Granger. Draco nigdy nie zwracał na nią uwagi, ponieważ jej szczerze nienawidził. Jednak teraz coś mu kazało popatrzeć na tę dziewczynę.
- Zwyczajna – mruknął pod nosem, próbując odsunąć od siebie myśl, że na nią spojrzał.
komentarze [8]



sobota, 2 grudnia 2006 18:22:49

Rozdział 2

Wchodząc do dużego holu w Hogwarcie, Hermiona zobaczyła, że jak zwykle profesor McGonagall sprawuje opiekę nad pierwszoklasistami. Wszystkie dzieci na twarzy miały wymalowane przerażenie z podnieceniem. Widzieli, że to nie jest ta zwyczajna, mugolska szkoła, wiedzieli, że tutaj będą się uczyć zupełnie czegoś innego.
Dziewczyna czuła jak powietrze jest przesycone magią, już gdy ujrzała znajomą wieżę, poczuła się jak u siebie w domu.
Westchnęła.
- Coś się stało, Hermiono? – zapytał zaniepokojony Harry.
- Nie, nic. Cieszę się, że już tutaj jestem – odpowiedziała z uśmiechem.
Przyjaciel odwzajemnił ten uśmiech i ruszył przed siebie, ponieważ tłum pchał go w stronę wejścia do Wielkiej Sali. Hermiona poszła za Harrym, próbując go nie zgubić. Przypomniała sobie o przemowie i zalała ją fala strachu.
Co ona takiego powie? Cała przemowa, napisana na trzy rolki pergaminu, nad którą tak się męczyła, leżała w samochodzie jej taty, w tamtym świecie. Wiedziała, że była wspaniała, perfekcyjna, dopracowana, że nikogo by nie znudziła, a po zakończeniu przemowy usłyszałaby gromkie brawa. Była pewna, że jej przemówienie wywarłoby nawet wrażenie na Ślizgonach.
Teraz, jednak nie miała nic. Obiecała przecież profesor McGonagall, że przygotuje się jak należy, że jej nie zawiedzie.
Spuściła głowę. Przecież to żałosne.
Obiecałam i powinnam dotrzymać obietnicy.
Dziewczyna co chwila popychana i trącana przez innych uczniów, w końcu dotarła do Wielkiej Sali.
Oniemiała z wrażenia. Zwyczajna, stara, niczym się nie wyróżniająca, poza wyjątkowym sufitem Wielka Sala, znana z beżowych ścian i marmurowych płaskorzeźb, z dużą ilością świeczników, teraz wydawała się jeszcze większa. Ściany były jasno beżowe z metalicznym połyskiem, niebo było granatowe, spokojne, z milionem złocistych gwiazd. Puszyste, białe piórka powoli spadały z sufitu, jakby powypadałyby z anielskich skrzydeł.
Hermionie przypomniało się jak bardzo dyrektor Dumbledore to lubił. Lubił magiczne istoty, lubił anioły. Fascynowały go te tajemnicze stworzenia, którego istnienia nikt nie mógł dowieść. Wierzył, że jednak żyją gdzieś, w odległej krainie szczęścia.
- To na jego cześć – usłyszała z boku.
Dziewczyna odwróciła głowę w stronę, skąd dobiegło ją to stwierdzenie. Zobaczyła blondyna, którego tak bardzo nienawidziła. Poczuła, że po jej policzkach ciekną łzy.
Przecież on ma rację. To na cześć Dumbledore'a, wspaniałego człowieka, który oddał za nas życie. Oddał, bo chciał abyśmy my trwali, trwali cały czas. I nie bacząc na przeciwności losu, powinniśmy trwać i nigdy się nie poddać.
Spojrzała na godło Slytherinu i Ravenclawu. Oby dwa dumne, utrzymane w zimnych barwach. Po drugiej stronie wisiały godła Gryffindoru i Hufflepaffu równie piękne jak poprzednie, ale ciepłe. To w tych dwóch domach gardzą leniami i tchórzami. Brunetka czuła dumę, kiedy myślała o sobie, jak o prawej Gryfonce, która nie przyniosła swojemu domowi wstydu i zadbała o jego dobre imię.
Zbliżając się coraz bliżej stołu uczniów Gryffindoru, gdzie już połowa była zajęta, Hermiona poczuła jak ktoś ją łapie za rękę.
- Hermiono, tutaj – powiedział Harry. – Ron z Ginny zajęli nam miejsca.
Uśmiechnęła się szybko ocierając łzy. Nie mogła uwierzyć, że słowa wypowiedziane przez Malfoya tak łatwo ją wzruszyły. Zresztą, to co on powiedział było takie nienaturalne, takie inne. Wypowiedział to zdanie ze smutkiem, z żalem, a nie z tym angielskim, arystokratycznym akcentem, który zawsze doprawiał sarkazmem bądź ironią.
Dziewczyna usiadła obok przyjaciela. Nie wiedziała co myśleć o tym zdaniu. O tych paru słowach, które tak nią wstrząsnęło. Gdyby nie śmierć Dumbledore'a, Harry pewnie by nie żył. Zastanawiając się nad tym, patrzyła cały czas na odległy stół Ślizgonów, w stronę, gdzie siedział Malfoy.
Już chciała odwrócić wzrok, kiedy Ślizgon zauważył jej spojrzenie i posłał jej szyderczy uśmiech po czym znowu wdał się w dyskusje ze swoim przyjacielem – Zabinim.
- Hermiono, co tak się wpatrujesz w Malfoya? – zażartował Ron.
- Nie wiem, powiedział coś co mnie zdziwiło, to wszystko – odpowiedziała cicho i rozejrzała się dokoła.
Widziała roześmiane twarze znajomych z młodszych i równoległych klas. Widziała twarze, które wyrażały beztroskę. Nie zastanawiali się nad przyszłością, nie myśleli nad śmiercią Dumbledore'a. Cieszyli się chwilą, chwilą obecną, która pewnie już wkrótce minie. Hermiona jest osobą, która myśląc o przyszłości, próbuje ją zrealizować tak, aby nikogo nie zranić. Wybiegając do przodu, wytycza sobie dokładną ścieżkę jaką pójdzie, nie oglądając się wstecz.
Gwar i chaos jaki zapanował w Wielkiej Sali po wejściu wszystkich uczniów, powoli ulegał zmianie. Młodzież siadała na długich, drewnianych, pięknie rzeźbionych ławach i cichła, widząc stojącego na samym środku profesora Snape'a. Jego zimny, przeszywający wzrok mierzył każdego ucznia, który jeszcze rozmawiał. Nic nie powiedział. Nic nie zrobił, aby uczniowie zwrócili na niego uwagę. Obecność Mistrza Eliksirów odczuwało się wszędzie. Nawet, gdy byłeś odwrócony do niego plecami, czułeś, że na ciebie patrzy, jak świdruje ciebie wzrokiem, tak jakby chciał wiedzieć o czym myślisz. W Wielkiej Sali zapanowała zupełna cisza. Nikt nie miał na tyle odwagi, aby się odezwać. Nikt prócz trojga przyjaciół, którzy mieli z nim na pieńku już od pierwszego swojego pobytu w Hogwarcie. Jednak teraz nie mieli sił, aby rozmawiać. Byli przygnębieni, choć cieszyli się, że już wrócili do drugiego domu. Czuli, że ten rok będzie inny niż wszystkie dotychczas. Brak profesora Dumbledore'a odczuwali nie tylko oni, ale i pozostali, jednak ukrywali to pod maską radości i szczęścia, byle tylko odsunąć od siebie bolesne wspomnienia i myśleć, że tak wspaniały człowiek jak były dyrektor Hogwartu nie oddał za nich życia, że nikt nie umarł, że nie mają wobec nikogo długu wdzięczności.
Nagle duże, dębowe drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się i weszła profesor McGonagall, a za nią dwa rzędy przyszłych pierwszoklasistów.
Uczniowie na widok jej surowej, pokrytej małymi zmarszczkami twarzy uśmiechnęli się. Teraz to ona będzie siedziała na wielkim, rzeźbionym krześle, które jeszcze nie tak dawno zajmował Dumbledore. Jednak ceremonia przydziału była nadal przez nią prowadzona. Jak co roku. Połowa uczniów rozpoczynała naukę, a druga połowa kończyła szkołę.
Kobieta z wysoko spiętym kokiem na głowie, trzymając starą, połataną tiarę, stanęła obok profesora Snape'a i odezwała się do uczniów:
- Witajcie, moi drodzy. Otóż zaczął się kolejny rok szkolny, w szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Myślę, że ten rok będzie dla was wyjątkowy i wiele z niego wyniesiecie, a uczniowie, którzy skończą szkołę, będą nas dumnie reprezentowali poza murami szkoły i nie powiecie na nas złego słowa. Teraz razem z profesorem Snape'em przystąpię do ceremonii przydziału.
Uśmiechnęła się do wszystkich i zaczęła odczytywać nazwiska przestraszonych uczniów, którzy niepewnym krokiem podchodzili do wysokiego stołka i z ogromnym przerażeniem nakładali na głowę starą tiarę.
Po zakończeniu ceremonii rozległy się głośne brawa, ale zostały one uciszone przez dyrektorkę.
- Chciałabym teraz poprosić, aby panna Hermiona Granger, przywitała nas w tym nowym roku szkolnym ciepło i wyjątkowo – powiedziała profesor McGonagall i spojrzała znacząco na dziewczynę.
Hermiona poczuła jak nogi jej się trzęsą. Co ona ma takiego powiedzieć tym wszystkim ludziom znajdującym się w Wielkiej Sali?
Podeszła wolnym krokiem do mównicy, przy której stała z szerokim uśmiechem dyrektorka i nieśmiało odwzajemniła go.
Na sali nastała cisza. Wszyscy wpatrywali się w Hermionę z oczekiwaniem i niecierpliwością. Dziewczyna nie miała pojęcia co powiedzieć. W przemowie miała wszystko napisane, co i jak, jaki uczynić gest, jakim tonem wypowiedzieć zdanie. Teraz czuła, że w gardle ma jedną wielką gulę i nic nie powie. Widziała na twarzach wszystkich uczniów wielkie zniecierpliwienie. Spojrzała na Harry'ego i Rona, którzy przyjaźnie się do niej uśmiechnęli i kiwnęli zachęcająco głowami.
Widząc to, zebrała w sobie resztki odwagi i zaczęła:
- Witajcie. Jestem Hermiona Granger i podobnie jak moi znajomi i przyjaciele rozpoczynam kolejny rok w szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Jest to mój ostatni rok w tej szkole, w której nauczyłam się wszystkiego co może mi pomóc w przyszłości. Nauczyłam się nie tylko dat z historii magii czy regułek z transmutacji, ale nauczyłam się przede wszystkim jak żyć. Poznałam co to jest zwycięstwo, ale i gorzki smak porażki. To właśnie tutaj, w tej szkole odnosiłam sukcesy, wznosiłam się na wyżyny, ale i spadałam, aby następnie odbić od dna i od nowa dążyć do kolejnego sukcesu. Tutaj właśnie poznałam swoich wspaniałych przyjaciół, bez których nie wyobrażam sobie życia po szkole, jak i swoich wrogów, których brak pewnie też będę odczuwała. Chciałabym, aby wszystkie wspomnienia, te lepsze i te gorsze na zawsze pozostały mi w pamięci. I bez względu jak będzie wyglądać moja przyszłość i jaki będę miała dom, zawsze będę mówiła, że właśnie tutaj, w Hogwarcie przeżyłam swoje najlepsze chwile życia i że był moim drugim domem. Więc witajcie, witajcie w nowym roku szkolnym, który właśnie się rozpoczął!
Na sali nadal panowała cisza. Hermiona nie wiedziała jak ją rozumieć. Nagle gdzieś u końca pomieszczenia rozległ się pojedynczy klask w dłonie. Dziewczyna zobaczyła, że to Harry. Uśmiechnęła się do niego, a w oczach miała łzy.
Za Gryfonem poszła reszta i po chwili cała sala rozbrzmiewała głośnym aplauzem. Profesor McGonagall poklepała ją po ramieniu i powiedziała:
- Ładna przemowa. Dziękuję, panno Granger.
Dziewczyna uśmiechnęła się do kobiety i otarła łzy szczęścia. Mimo, że tak wspaniały człowiek jak Dumbledore nie powróci, ten rok będzie wyjątkowy.
komentarze [8]



niedziela, 19 listopada 2006 12:54:49

Rozdział 1

- Pański kufer jest już na dole – oznajmił niski kamerdyner.
- Na reszcie. Już myślałem, że w ogóle nie pojadę do tej szkoły, przez ten kufer – prychnął z pogardą w głosie wysoki blondyn.
- Przepraszam, paniczu Malfoy. Pańskie walizy, gdzieś się nam zapodziały, dlatego to tak długo trwało.
- Tyle to ja sam zauważyłem. Odejdź – nakazał Draco i odszedł w stronę stolika, gdzie leżał prezent, który dostał od ojca.
Czekał aż usłyszy trzask zamykających się drzwi.
Już od dawna wyczekiwał nadejścia tej chwili. Kończąc siedemnaście lat, ojciec obiecał mu to czego skrycie bardzo pragnął. Nie raz rozmawiali na ten temat i uważnie słuchał to co mówił Lucjusz Malfoy. Spojrzał z uśmiechem na dużą paczkę podpisaną jego i Lucjusza imieniem. Mimo, że wiedział co się w niej znajduje, czuł dziwne podniecenie i radość. Cieszył się, że w końcu będzie trzymał to w rękach, że będzie mógł zgłębiać to czego nie powinien robić w tak młodym wieku, czuł się wyróżniony – przez własnego ojca i Czarnego Pana.
Powoli zaczął rozrywać brązowy papier.

*

Wiedziała, że jest już spóźniona, jednak nie wiedziała, że tak bardzo. Nie mogła sobie wybaczyć, że tak późno wstała i wczoraj wieczorem nie nastawiła budzika na wcześniejszą godzinę. Ciągle w myślach powtarzała sobie jaka jest beznadziejna.
Jeśli Ron i Harry pojadą beze mnie - umrę. Jak mogłam tak po prostu zapomnieć o jednym z najważniejszych dni w roku? Przecież to absurd, że taka dziewczyna jak ja zapomniała o rozpoczęciu roku szkolnego! A jednak. Zapomniałam.
Nagle uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Spojrzała na wózek, który przez sobą pchała i na wypchaną nowymi książkami torbę.
Ratunku! Zapomniałam o przemowie!
Odwróciła się i zostawiając wózek na środku chodnika, zaczęła przepychać się poprzez tłum ludzi.
- Tato! Tato!
Mężczyzna, do którego wołała wsiadał do samochodu. Gdy Hermiona dobiegła do miejsca, gdzie stał samochód już go nie było.
- Tylko nie to... – szepnęła.
Nagle przypomniała sobie o wózku. Jak oparzona pobiegła w stronę wejścia na stację King’s Cross i biegiem pokonała drogę.
Błagam, wiem, że nie jestem przykładną katoliczką jak moja matka, babka i prababka, ale proszę, już zbyt dużo nieszczęść jak na jeden dzień.
Rozejrzała się dookoła, z nadzieją, że wózek stoi gdzieś w pobliżu, jednak były one zbędne – nigdzie go nie było.
Zerknęła na duży, mosiężny zegar kolejowy. Wskazówki zegara powoli zbliżały się do jedenastej. Nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Najpierw zaspanie, potem brak przemówienia, następnie zniknięcie wózka – już nic gorszego nie mogło jej spotkać. Załamana usiadła na drewnianej ławce. Popatrzyła smutno na ludzi spieszących się na odjeżdżające pociągi. Nikt jej nie zauważał, wszyscy pędzili przed siebie nie bacząc na żadne przeszkody. Jedni byli smutni i niezadowoleni, że opuszczają rodzinę, dom, przyjaciół. Inni z radością wsiadali do przedziałów, aby po paru godzinach wysiąść i rzucić się w ramiona swoich mężów, żon, sióstr i braci. Hermiona nie mogła znieść myśli, że nie pojedzie do swojego drugiego domu – do Hogwartu, gdzie czuła się potrzebna, kochana, jak w prawdziwym domu przy rodzicach.
Otarła łzy, które spływały jej po policzkach i spojrzała jeszcze raz na tłum ludzi krzyczących, śmiejących się, rozradowanych, smutnych i zobaczyła błysk srebrnego wózka. Gwałtownie się podniosła i pobiegła w tamtą stronę.
To co zobaczyła odebrało jej mowę. Jakiś wysoki blondyn grzebał w jej rzeczach!
- Zostaw to! – krzyknęła wściekle.
Chłopak podniósł głowę zdziwiony. Jednak po chwili uśmiechnął się szyderczo.
- Granger, Granger. No, proszę. Nie spodziewałem się – syknął.
- Zostaw moje rzeczy, Malfoy.
- Żadnego przywitania, ani nic? Nie ładnie. Gdzie się nauczyłaś takich manier, Granger? Po ilości tych wszystkich ksiąg i książeczek powinienem się domyślić do kogo ten wózek należy, Panno Wszystko Wiedząca.
- Malfoy, daj spokój. Nie mam zamiaru kłócić się z tobą. Oddaj mi wózek – warknęła dziewczyna.
- A wiesz, że istnieje takie słowo w naszym słowniku ludzi kulturalnych? – spytał się blondyn.
- Nie, nie wiem.
- Dziękuje – powiedział.
- Nie ma za co – syknęła zdenerwowana Hermiona i odepchnęła Malfoya od swojego wózka.
Szybko dopchała wózek do barierki i pokonała przeszkodę. Na peronie nadal stali ludzie, ale nie ci, którzy powinni. Lokomotywa buchnęła parą i dała znać, że odjeżdża długim, głośnym gwizdem. Hermiona przepychając się między matkami, ojcami i młodszym lub starszym rodzeństwem, dobiegła do schodków, które już wolno odjeżdżały. Z impetem cisnęła torbą z książkami do środka, a potem trzymając duży kufer w jednej ręce wspięła się na małe schodki. Ostrożnie weszła wyżej i powoli wciągała dużą walizę, tak aby się nie otworzyła. Gdy w końcu udało jej się postawić kufer na ziemi, oparła się o ścianę i odetchnęła z ulgą. Spojrzała za malejącym srebrnym wózkiem, który zostawiła. Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
A już myślałam, że nie pojadę. Jednak mi się udało.
Odwróciła się od okna i sięgnęła po kufer i paczkę książek. Otworzyła wąskie drzwi do korytarza szukając przedziału dla prefektów. Idąc małym korytarzykiem zobaczyła w przedziałach znajome twarze. Rok młodsi koledzy i koleżanki machali jej przyjaźnie, uśmiechając się radośnie. Odwzajemniała wszystkie uśmiechy aż dotarła do drzwi, na których dużymi, czarnymi literami było napisane „PREFEKCI”. Nacisnęła klamkę i weszła do korytarza z nadzieją, że znajdzie kogoś znajomego. Dwa pierwsze przedziały były puste. Hermiona poszła dalej. Tam, gdzie widziała zielonoczarne szaty szybko odwracała wzrok i pędziła przed siebie – nie chciała mieć nic wspólnego ze Ślizgonami.
- Hermiona! – usłyszała za plecami krzyk. Odwróciła się szybko i zobaczyła wysokiego chłopaka, który uśmiechał się do niej wesoło.
- Ron! Na reszcie! – krzyknęła uradowana dziewczyna i rzuciła się na przyjaciela. – Jak ja się za tobą stęskniłam. Gdzie Harry? Ginny?
- Miona spokojnie. To ja raczej powinienem się o to ciebie spytać. Gdzie ty byłaś? Wszędzie ciebie z Harrym szukaliśmy.
- Ech, nie ważne, spóźniłam się i tyle – powiedziała dziewczyna. – Gdzie zająłeś przedział? Muszę się przebrać i pochodzić po pociągu.
Ron tylko się zaśmiał i pociągnął Hermionę za rękę prowadząc ją do ostatniego przedziału w wagonie dla prefektów. Panował tam porządek. Trzy duże kufry leżały na półkach nad siedzeniami. Rudowłosy pomógł wrzucić Hermionie kufer na górę i wyszedł, aby spokojnie się przebrała.
Po pięciu minutach już wychodzili z wagonu kierując swoje kroki w stronę przedziałów przeznaczonych dla siódmoklasistów.
Dziewczyna czuła niepohamowaną radość na widok Rona i nie mogła się doczekać, kiedy zobaczy Harry'ego i Ginny całych i zdrowych.
- Już się bałam, że nie zdążę na pociąg – oznajmiła Hermiona.
- Gdybyś coś takiego zrobiła nie ręczyłbym za siebie – odpowiedział wesoło przyjaciel, patrząc na Hermionę.
Hermiona uśmiechnęła się szeroko. Ron wskazał na przedział, który był przez nich zajęty. Wchodząc zobaczyła czarnowłosego okularnika i rudą dziewczynę. Aż pisnęła z radości, kiedy w końcu po dwóch miesiącach rozłąki mogła się do nich przytulić.
- Miona! Już się martwiłem, że w ogóle nie pojedziesz z nami do Hogwartu – powiedział Harry, tuląc do siebie przyjaciółkę.
- No coś ty! Bez was? Nigdy! – odpowiedziała Hermiona patrząc na Harry'ego, który przez wakacje bardzo się zmienił.
Ginny tak samo piękna, a może nawet bardziej niż rok temu rozpłakała się.
- Ginny nie płacz! Przed nami cały rok razem! Nie płacz. Powinnaś się cieszyć – zauważyła Hermiona, która przytuliła rudowłosą przyjaciółkę.
- Sama nie płacz! Łzy ci lecą jakbyś przez całe wakacje nie płakała – powiedziała Ginny ocierając słone łzy szczęścia.
Hermiona uśmiechnęła się do dziewczyny.
Gdy wybuchy szczęścia i łez minęły, Hermiona usiadła na miękkim siedzeniu i nie wierząc w własne szczęście posiadania takich przyjaciół jak Harry, Ron i Ginny zaczęła opowiadać jak bardzo za nimi tęskniła.
- Boję się tego roku – wyznała im po wszystkim.
- Dlaczego? – zapytała Ginny.
- Niby wszystko w porządku, a nauki nam przybędzie, więcej książek, wydatków, coraz mniej czasu – odpowiedziała Miona.
- Masz rację, ale myślę, że sobie poradzimy. W tym roku poważnie biorę się za naukę. Chciałbym zostać aurorem, więc muszę przełamać swą niechęć do Snape'a – odezwał się Harry. – I w końcu spoważnieć, choć trochę.
- Harry, Harry. Wątpię, aby ci się to udało w tak prymitywnym towarzystwie jak mój brat – powiedziała żartobliwie Ginny za co dostała łokciem w bok od Rona.
- Spokojnie. Jakoś dam radę – powiedział Harry uśmiechając się.
- Może się uda – odezwała się Hermiona. – Ale jeśli chcesz wziąć się poważnie za naukę to będziesz musiał ograniczyć trochę te wszystkie treningi.
- Treningi? Oczywiście, że z nich nie zrezygnuję!
- No, na reszcie gadasz jak prawdziwy Harry – powiedział Ron.
- Ale – zaczęła Miona.
- Nie ma żadnego „ale”, Hermiono – przerwał jej czarnowłosy. – Nie zrezygnuję ani nie przystopuję z quiddichem.
- Wiedziałam – zawyrokowała Ginny. – Tylko się teraz nie zacznijcie kłócić, kto ma rację, a kto nie, dobrze?
- Ginny nie miałam zamiaru się kłócić – prychnęła Hermiona, która była już cała czerwona.
Nagle drzwi przedziału otworzyły się z głośnym hukiem. Stała w nich stara czarownica z wózkiem przepełnionym mnóstwem łakoci.
- Czy chcecie czegoś słodkiego, kochaneczki? – zapytała.
- Hm, chcecie coś? – spytał się Harry swoich towarzyszy.
- Jasne – odpowiedział entuzjastycznie Ron.
Kobieta zapakowała do dużej, papierowej torby kilkanaście sztuk „Czekoladowych Żab” i ukradkiem wsadziła małą paczuszkę „Fasolek wszystkich smaków Berty'ego Bouta”. Uśmiechnęła się do wszystkich i zamknęła drzwi do przedziału.
Przyjaciele zaczęli opowiadać sobie co przydarzyło im się w czasie wakacji, co zwiedzili, czego nowego się dowiedzieli, jak bardzo wyczekiwali dnia, w którym znowu mieli się spotkać. Jedynie Harry milaczał.
- Harry, czuję się wobec ciebie nie fair – powiedziała Hermiona.
- Ale dlaczego? – zapytał zdziwiony.
- Przecież wiemy, że ty nigdzie nie wyjechałeś i cały czas tkwiłeś u swojego wuja – odpowiedziała dziewczyna.
- Daj spokój! Ważne, że wam udały się wakacje i to jest najważniejsze, więc cieszę się razem z wami.
Hermiona ucieszyła się słysząc te słowa. Wszystkie słodycze powoli znikały z papierowych paczek.
Cała czwórka czuła, że zbliżają się do Hogwartu. Las za oknem był coraz rzadszy, a zastępowały go samotne skały. Przyjaciół ogarnęło ciepło, tęsknota i poczuli magię, która zawsze pojawiała się w niespodziewany sposób. Wyjeżdżając zza zakrętu zobaczyli najwyższą wieżę w zamku – wieżę astronomiczną. Z jej okienek widoczny był słaby blask zapalonych świec. Hermiona uśmiechnęła się, ale zaraz potem posmutniała. Ten rok już nie będzie taki sam. Zabraknie wśród nich Dumbledore'a. Tego wspaniałego człowieka, który oddał za swoich podopiecznych życie.
komentarze [1]




Szata
Szablon zrobiony przeze mnie.